środa, 14 sierpnia 2013

Rozdział 9.



Przedwczoraj zrobiłam coś strasznego - straciłam kontrolę. Zabiłam kolejnego człowieka.
Myślałam, że uczucie straty kogoś, kogo się kocha jest najgorsze, ale myliłam się. Najgorzej jest wtedy, gdy uświadomisz sobie, że się zagubiłeś.
Boję się teraz, że każdy gest, słowo, myśl, ruch, który wykonam, spowoduje, że bliskie osoby znikną z mojego życia. Ludzie odejdą na zawsze i w sercu pozostanie tylko pustka.
Nie wiem, czy starczy mi siły, by wytrzymać to wszystko. Jeszcze niedawno, gdy nie miałam pojęcia kim jestem, mogłam żyć, jak normalna nastolatka. Nie sądziłam wtedy, że na co dzień fikcyjny dla ludzi świat naprawdę istnieje. Teraz muszę żyć w pełni świadoma, że jestem kimś więcej niż tylko człowiekiem. Posiadam dary, o których nie śnią i nie marzą ludzie. Nie zaprzeczę, że każdy chciałby zapewne posiadać jakąś „super moc”.
No dobrze. Szybkość, wyostrzone zmysły, nadnaturalna siła może i są przydatne, ale uśmiercanie i wpływanie na umysł?
Nie spałam od wielu godzin. Próbowałam zasnąć, ale nawet najcichszy hałas nie dawał mi spokoju. Albo po prostu nie chciałam. Nie mogłam pozwolić sobie, by dręczyły ponownie mnie koszmary. Wolę nie prowokować siebie do myślenia o Aryi jako zabójcy. Chciałabym pamiętać o niej, jak o kochającej matce, która broni córkę własną piersią. Lecz przecież jest taka sama jak ja i zrobiła pewnie gorsze rzeczy. Jeśli spełnię wszystkie warunki, mogę zacząć kontrolować swoje umiejętności, ale ona nie dostała takiej szansy i musi zmagać się z tym przez całe życie.  Tęsknię za nią. Chciałabym ją ponownie zobaczyć, ale nie tak, jak na balu. Chcę z nią wreszcie porozmawiać. W cztery oczy.
Cały czas siedziałam na łóżku z podkulonymi pod brodę nogami otulona kołdrą i wpatrywałam się w przestrzeń za oknem.
Dziś spadł pierwszy śnieg. Z zainteresowaniem obserwowałam każdy jego płatek. Żaden się nie powtarzał. Niektóre płatki śniegu przyklejały się do szyby mojego okna jeden obok drugiego. Po chwili topiły się i zanikały. Choć każdy był różny i wolny, to ich życie trwało krótko. Mogłam sobie wyobrazić, jak cierpią. Szybko, cicho... Ale są szczęśliwe. Dlaczego? Bo miały pożyteczne i spokojne życie. No i oczywiście: nie były przeklęte.
Opuściłam pogrzeb Aarona. Obawiałam się spojrzeć ludziom w oczy. Oni nie wiedzą, co dokładnie się wydarzyło. Nie wiedzą, że to moja wina!
Nawet nie zauważyłam, kiedy koło mnie na łóżku usiadła Kate. Przytuliła mnie na pocieszenie, ale ja ani drgnęłam. Dalej byłam skupiona na obserwowaniu widoków za oknem.
- Nie martw się. - powiedziała - Tam, gdzie się teraz znajduje, na pewno jest szczęśliwy.
Każdy ostatnio mi to powtarzał. Tak samo było, gdy myślałam, że moja prawdziwa matka nie żyje. Teraz, kiedy wspomnienia powróciły, odkryłam, co chciała Arya przede mną ukryć. Wciąż wmawiam sobie, że uciekła, by mnie chronić. Jednak mam wątpliwości, bo czemu zostawiła mnie z tym wszystkim sama? Co oznaczają moje sny? Rozumiem, że chciała zapewnić bezpieczeństwo swojej córce, ale nie jestem pewna, czy postąpiła słusznie. Głosy w głowie podpowiadają mi, że odtrąciła mnie dla własnej korzyści, inne tłumaczą, że gniew i bezargumentowe wątpliwości są kierowane przez klątwę.  Jednak pierwsze krzyczą głośniej i wybaczenie Aryi nachodzi mi z trudem.
- Kiedyś będziesz musiała wreszcie wyjść z domu. - oznajmiła Kate, przerywając długą ciszę.
Głośno westchnęła, widząc mój ponowny brak reakcji. Wstała i zasłoniła mi widok na okno, żebym mogła wreszcie zwrócić na nią uwagę. Szybko odwróciłam wzrok i skupiłam się na szafce nocnej, a szczególnie na zdjęciu oprawionym w drewnianą ramkę. Zostało zrobione kilka lat temu w Grecji. Obrazek przedstawiał mnie i Kate na tle Akropolu ateńskiego. Zawsze pośrodku stała jeszcze Vivian, ale teraz między nami było puste miejsce.
Nikt już nie pamięta mojej przybranej matki.  Wspomnienia zniknęły u mnie, jak i u innych oszukanych. Vivian okazała się projekcją stworzoną przez Aryę. Gdy wróciłam do domu i zobaczyłam zlew pełen naczyń, od razu mogłam się domyślić, że Vivian już nie istnieje i nigdy nie istniała.
Arya dalej była niewiadomą. Znowu wymyśliła kolejną bajeczkę, choć tym razem nie wyczyszczając mi pamięci. Ludzie teraz myślą, że uciekła od razu po moich narodzinach i zostawiła mnie pod opieką ojca. Dowiedziałam się o tej nowinie wczoraj od Arcady’ego. Przez przypadek, gdy próbował mnie pocieszać, doszedł do tematu odejścia matki. Czy tej kobiecie nigdy się nie znudzi nieustanne wymyślanie nowych kłamstw?
A Vivian zniknęła. Vivian, kobieta, która wychowywała i opiekowała się mną przez ostatnie 2 lata. Troszczyła, przytulała, pocieszała. A Arya przez ten czas miała mnie w nosie! To Vivian zajmowała się mną, nie ona!
Kate zaskoczyła się, gdy wreszcie raczyłam ruszyć się z miejsca. Myślała, że podejdę do niej i wypłaczę się w ramiona. Rozłożyła już nawet ręce gotowa do uścisku. Opuściła je po chwili zrezygnowana, zauważywszy, że zwróciłam się w stronę szafki. Dotknęłam fotografii i przejechałam po szkle palcem w stronę rozmazanego tuszu.
Pamiętam, jak płakałam po fałszywej śmierci Aryi.  Następnie zemdlałam, a matka wymazała mi pamięć.
Ponownie spojrzałam na fotografię. Nie było już przerwy pomiędzy dwoma przyjaciółkami. Stała tam kobieta z kręconymi blond włosami po trzydziestce ubrana w czerwoną letnią sukienkę w kwiatki.
- Nie jesteś moją matką! - krzyknęłam zrozpaczona i szybkim ruchem zwaliłam ramkę z szafki nocnej.
- Co robisz? - spytała zaskoczona Kate. Spróbowała złapać zdjęcie, ale było już za późno. Ramka przywaliła o podłogę. Ukucnęłam przy rozwalonej pamiątce i wydostałam nienaruszone zdjęcie spomiędzy potłuczonego szkła.
- Nienawidzę cię. - wysyczałam wściekła przez zaciśnięte zęby, patrząc z  obrzydzeniem na podobiznę matki i porwałam fotografię na miliony kawałków.
Kate nie ruszyła się. Stała nade mną i patrzyła ze strachem w oczach, jak niszczę ulubione zdjęcie z wakacji.
- Co się tak gapisz? - spytałam ją pełna gniewu. Czułam, jak moje oczy płoną czarnym ogniem.
- Ja...ja.. - Odsuwała się ode mnie przerażona. - Twoje oczy, włosy. - Wskazała trzęsącym się palcem.
Okna były pozamykane, ale moje włosy falowały jak na wietrze. Jasne loki otaczały moja głowę jak aureola. Gdyby nie czarne oczy i wystające z pleców ciemne skrzydła, przypominałabym anioła.
- Co? - Przechyliłam głowę i uśmiechałam się złowieszczo, unosząc się delikatnie nad ziemią. - Nie poznajesz teraz swojej przyjaciółki?
Chciała uciec, ale siłą woli zamknęłam jej drzwi przed nosem. Waliła o nie pięścią i wołała o pomoc. Po chwili, gdy zorientowała się, że nikogo oprócz nas nie ma w domu, odwróciła się do mnie.
- Lillian, to ty? - spytała niepewnie.  Czułam jej strach, co było dla mnie przyjemnością. Podniosłam wysoko głowę i podfrunęłam do niej bliżej, by rozkoszować się jej lękiem.  Kate spróbowała jeszcze raz otworzyć drzwi. Pociągnęła za klamkę, jak najmocniej dała radę, ale dzięki moim darom, dalej nie mogła wyjść z pokoju. Jej wysiłek nie miał znaczenia. Była w pułapce.
- Tak, to ja - Zaśmiałam się. - Lillian Bail, ta, co się z tobą bawiła w dzieciństwie. Ta, co złożyła z tobą głupią przysięgę krwi. - Robiłam krok do przodu za każdym razem, kiedy wymieniałam kolejno wspomnienia. - Czego później pożałujesz! Ta, co...
- Kłamiesz! Nie jesteś, Lillian! - przerwała mi i rozejrzała się szybko. Oczy miała pełne łez.
Wtem rzuciła się biegiem w stronę łóżka. Zatrzymałam ją, chwyciwszy rękoma za jej szyję. Podniosłam Kate wysoko. Próbowała uwolnić się z uścisku, ale byłam silniejsza.
- Dobrze wiesz, że to prawda. Tylko nie chcesz w nią uwierzyć! - Rzuciłam Kate o ścianę, jak szmacianą lalką. Słyszałam głośny trzask kości. Przyjaciółka leżała już nieprzytomna na podłodze. Wokół niej było pełno krwi.
Otrząsnęłam się. Siedziałam dalej na łóżku i wpatrywałam się w szafkę nocną. Wszystko było tak, jak dawniej. Kate stała przy oknie i obserwowała mnie czujnym wzrokiem. Szkło zniknęło, jak i krew.
Odetchnęłam z ulgą. Wszystko było tylko moim wyobrażeniem. Jeszcze raz rozejrzałam się uważnie po pokoju, by upewnić się, że to na pewno nie było realne. Moją uwagę przykuła fotografia. Na zdjęciu znajdowały się teraz trzy osoby.
- Czemu? - Oparłam czoło o zgięte kolana.
Kate usłyszawszy moje pierwsze dzisiaj wypowiedziane słowa, podeszła do mnie, szurając o podłogę nogami. Usiadła na łóżku, nic nie mówiąc. Położyłam się wygodnie na kolanach Kate i zaczęłam płakać. Były to pierwsze łzy od śmierci Aarona.
- Kate - zaczęłam - Co ja narobiłam?
Przyjaciółka nie odpowiedziała. Wiedziała, że jeśli coś dopowie, jeszcze bardziej pogorszy sytuację. Zaczęła głaskać mnie po głowie. Czekała aż wyrzucę z siebie wszystkie głęboko skrywane emocje.
- To moja wina, że on nie żyje.
- Nie prawda, Li. To nie jest twoja wina. - oznajmiła spokojnym głosem.
- Kate, to ja go zabiłam. - Przewróciłam się na plecy, by zobaczyć reakcję przyjaciółki.
Musiałam wreszcie powiedzieć Kate prawdę. Nie mogę jej cały czas okłamywać. Księga ostrzegała mnie przed wyjawianiem tajemnic : (...) nikt nie jest zobowiązany do ujawnienia prawdy temu, kto nie ma prawa jej znać. Lecz Kate powinna wiedzieć, kim jestem.
- Nie, Lillian. Nie możesz sobie tego wmawiać - powiedziała stanowczo - Nie obwiniaj się za to, czego nie zrobiłaś. Nikt nie wiedział, że Aaron ma astmę.
Prychnęłam. A mówią, że to blondynki są głupie.
- Bo on nie miał astmy! – zaprzeczyłam – Kate, jest coś, co powinnam ci już dawno powiedzieć. – Wstałam i podeszłam do okna. Nie mogłam patrzeć jej prosto w oczy. - Zapewne zauważyłaś ostatnio, że się zmieniłam. Zaczęło się to od moich siedemnastych urodzin. Sama nie wiem jeszcze o sobie wiele, ale wystarczająco, żeby ci o tym powiedzieć. - Rozpacz targała moim sercem. Przejechałam paznokciem po szkle, wydając piskliwy dźwięk. Nieświadomie narysowałam na zaparowanej szybie znak, który symbolizował Blackflier’a. - Jestem potomkinią greckiej nimfy Kalipso i moim przeznaczeniem jest nieść śmierć. - zrobiłam pauzę. Usłyszałam, jak Kate wzięła głęboko oddech ze zdumienia. - Słyszałaś tę plotkę, że chciałam udusić Larissę? To prawda. - Odwróciłam się w jej stronę i wzrok wbiłam w podłogę. Próbowałam nie patrzeć na nią, by nie zobaczyć jak część mojego wyobrażenia się spełnia. - Nie robiłam tego rękoma. Jednym z moich darów, jeśli mogę to tak nazwać, jest wpływanie na ludzkie umysły. Nie umiem jeszcze w pełni kontrolować wszystkich umiejętności, a Larissa mocno mnie rozzłościła. Nie panowałam nad sobą i ona nagle sama z siebie zaczęła się dusić… - przerwałam i podniosłam lekko głowę. Po kolei przypominałam sobie obrazy rozlanej krwi, bezwładnej przyjaciółki na podłodze, jej przerażonej miny, strachu, wywołanego przeze mnie - Tak samo było z Aaronem. - Policzki miałam mokre od łez. – Jestem potworem, Kate! Jestem potworem! – Opadłam na kolana i schowałam twarz w dłoniach. Rozpłakałam się, jak małe dziecko.
- Li, uspokój się. - Ukucnęła przy mnie i położyła mi ręce na ramiona. - Nie jesteś żadnym monstrum. - akcentowała wyraźnie każdy wyraz. Nie uciekła, zachowała się, jak prawdziwa przyjaciółka.
Zapadła cisza. W tym czasie Kate nad czymś myślała. Wreszcie spytała:
- Może i to głupie pytanie, ale… - Przygryzła dolną wargę. - Nie możesz po prostu żyć dalej i nie używać swoich mocy? Jak to ktoś powiedział: „Człowiek jest ograniczony tylko tymi ścianami, które zbudował wokół siebie”.
- To nie jest łatwe, gdy cały czas myślisz o czyjejś śmierci. Pragnę cię zabić, Kate. Tylko nasza przyjaźń mnie powstrzymuje. Co jeśli zrobię ci krzywdę, jak Aaronowi?
- Wiem, że nie. Znam cię.
- Znasz mnie? To czemu się nie powstrzymałam od zabicia Aarona i innych osób?
- Innych osób? - Kate zmarszczyła brwi.
- Tak, innych osób! Tamten facet z kina z zaszytymi ustami. Myślisz, że to nie moja sprawka? Był pierwszym, którego zabiłam. Nieświadomie, ale chciałam tego. Innemu złamałam kark. Mogłam go zostawić w spokoju, ale zrobiłam to, o co prosił. Wolał umrzeć niż powiedzieć mi prawdę o mojej rodzinie. O Aaronie już wiesz. Udusiłam go.
Kate próbowała oddychać spokojnie, ale wiedziałam, że jest przerażona. Potrafiłam usłyszeć jej przyśpieszone bicie serca. Nie zdawała sobie do tej pory sprawy, że Lillian Bail, jej najlepsza przyjaciółka, może posiadać nadprzyrodzone dary albo być seryjnym mordercą. Jestem oboma. Taki tam gratis.
Wiadomo, że przyjaźń się z czymś wiążę. Są wzloty i upadki, kłamstwa, sekrety, niespodzianki. Pewnie powinnam nosić codziennie tabliczkę z napisem: „Okazja! Chcesz zostać moją przyjaciółką? Dwie rzeczy w prezencie”.
- Jest jeden sposób, by to zakończyć. Czytałam pewną książkę, dzięki której dowiedziałam się trochę o mojej rodzinie. Wiem, że jestem czymś w rodzaju Odkupiciela, który jest silniejszy od innych potomków. Nazywam się Blackflier i mogę uwolnić moją rodzinę od klątwy. Niestety nie wiem jak.
- A gdzie znalazłaś tę książkę? Może jest tam takich więcej?
Spojrzałam na Kate. W jej oczach rodziła się nadzieja, że może jakoś uratować swoją przyjaciółkę.
- Kupiłam ją w jednej księgarni w Salem, kiedy byłyśmy tam na zakupach. Nie chcę tam wracać. Ostatni raz, gdy byłam w tym budynku, porwali mnie.
- Porwali cię? Jak to? Przecież bym wiedziała, że cię nie ma.
- Właśnie tego nie rozumiem. Wyszłam z galerii handlowej pod pretekstem, że źle się czuję. - Spojrzałam ostrożnie na Katerinę, gdy przyznałam się do kłamstwa. - Poszłam do księgarni, gdzie już jak wspominałam zostałam porwana. Porywacz zawiózł mnie aż poza USA. Gdy uwolniłam się z miejsca, gdzie mnie przetrzymywał i wróciłam do domu…
- Wróciłaś do domu? - przerwała mi - Jak?
- Umiem latać. - Uśmiechnęłam się do niej.
- Tak myślałam. - Zaśmiała się, żeby poprawić atmosferę. Nakazała ruchem ręki, żebym kontynuowała.
- … zadzwoniłaś do mnie i nic nie wiedziałaś o tym, że mnie nie było tydzień. Wyjechałaś do chorej cioci i nie pamiętałaś tego, że zniknęłam. Myślę, że miała w to ingerencję moja matka.
- Przecież zostawiła cię po narodzinach. – powiedziała ostrożnie. Bała się, że mogło mnie to zaboleć.
- Nie, to jej kolejne kłamstwo. Tym razem dostałam zaszczyt i nie wyczyściła mi pamięci.
- Eh – westchnęła - to wszystko wyjaśnia, te  moje zaniki pamięci...
- Aaron też to zauważył…
- Czyli wyczyściła mi pamięć. – Kate udała, że nie usłyszała mojej wypowiedzi, by nie drążyć sprawy zmarłego chłopaka i pogrążyła się w zamyśleniu.
Siedząc na drewnianej podłodze po turecku, czekałam na jej następne pytanie.
- Czy zrobiła to także pozostałym, znaczy twojemu tacie i reszcie mieszkańcom Sheridan?
- Tym razem, to ja. - przyznałam się i zakryłam twarz rękoma przed „ukamienowaniem”. Kate zaśmiała się, zobaczywszy moją reakcje. Położyła dłoń na mojej ręce, by dać mi do zrozumienia, że wszystko jest w porządku i rozumie.
- A jak to robisz? -Przygryzła wargę, czując się zakłopotana z tego powodu, że zadaje mi zbyt dużo pytań
Upuściłam swobodnie ręce i zastanowiłam się przez chwilę.
- Nie wiem, to proste. Gdy odkryłam u siebie tę umiejętność od razu wiedziałam, jak ją użyć. Może mam to w genach? Po prostu „zaglądam” w głębie umysłu człowieka i mówię w myślach, co ma zrobić, np. żeby zapomniał.
- Na mnie też użyłaś kiedyś jakiegoś ze swoich darów? - spytała ostrożnie - Nie mówię tego z wyrzutem. - dodała, żeby mnie nie urazić - Wiem, że jest ci trudno i jeszcze tego nie kontrolujesz, ale chciałabym wiedzieć.
Przełknęłam głośno ślinę i odważyłam się jej odpowiedzieć:
- Tak. Raz, może dwa. - Zobaczyłam, jak Kate lekko się kuli. Zabolało ją ta wiadomość. Już bardziej dobić jej nie mogłam. - Miałam dużo powodów. Jednym był ten. - Obróciłam się do niej plecami. Złapałam za tył swojego swetra i podciągnęłam go.
- Co to jest? - Przesunęła delikatnie koniuszkiem palca po ranach na plecach w kształcie litery V. Wzdrygnęłam się. -  Ktoś cię bił?
- Nie - zaprzeczyłam, chichocząc -To blizny po skrzydłach.
- Boli?
Obciągnęłam sweter i odwróciłam się z powrotem do Kate.
- Na początku, gdy rozrywają ci skórę. Potem już wcale.  - Wzruszyłam ramionami i zmieniłam temat - W tej całej historii Kalipso jest chociaż jedna dobra wiadomość. Chodzi o kontrolę. Powiedziane jest, że jako Blackflier, jedyna z rodziny mogę zapanować nad tymi przeklętymi darami, ale jest haczyk.
- Jaki?
- Muszę zabić 6 osób.
Kate wytrzeszczyła oczy.
- Naprawdę jest to konieczne?
- Chyba tak. - Uśmiechnęłam się krzywo.
- Mówisz o tych wszystkich rzeczach z taką lekkością. Nie przeszkadza ci to, że nie jesteś człowiekiem? - Zakryła ręką usta. - Przepraszam. Nie chciałam tak sformułować tego pytania.
- Nic się nie stało. - Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam - Oczywiście, że przeszkadza. Nienawidzę siebie za to, kim jestem. To straszne. Bo ja nie chcę nikogo zabijać. – Z trudem powstrzymywałam kolejne łzy. Kate przytuliła mnie mocno, kończąc na dzisiaj naszą rozmowę.
- Od czego masz mnie? Pomogę ci. Pomogę ci przez to wszystko przejść. - wyszeptała pocieszająco i pomogła mi wstać. - Jesteś gotowa?
- Na co? - Zmarszczyłam brwi, wycierając ręką ściekającą po policzku łzę.
- Żeby pójść na cmentarz.
- Nie mam żadnego znicza ani kwiatków. – wykręcałam się.
- Wystarczysz ty.

Szłam w kierunku wejścia na Masoński Cmentarz. Kate trzymała mnie za ramię na wypadek, gdybym uciekła. Przystanęłam  przy małej czarnej bramce, na której przybita była tabliczka z godzinami otwarcia i wygrawerowanym napisem „ Masonic Cemetery”.
- Czy to na pewno dobry pomysł? - spytałam wątpiąco. Żołądek podchodził mi do gardła.
- Tak. - Pociągnęła mnie do przodu. - Dasz radę.
- No nie wiem. Zabiłam go. Na pewno nie chciałby, żebym się zjawiała się przy jego grobie.
-To był wypadek. - przekonywała mnie, patrząc mi prosto w oczy. - Nie miałaś wpływu na to, kim się staniesz.  Zniesiemy to razem. - Przytuliła mnie chyba już dzisiaj po raz setny. - A teraz rusz dupę i pędem do alejki G! - Walnęła mnie mocno w pośladek i wskazała ręką bramkę.
Metolowe drzwiczki otworzyły się. Kate przewróciła oczami.
- To też potrafisz?
- Mogę wpływać na ludzi jak i na przedmioty. Odkryłam to niedawno, gdy przypomniałam sobie o matce.
Dalej szłyśmy bez słowa. Niestety, nie patrzyłam pod nogi i zahaczyłam się o kamień. Przywaliłam z całej siły o ziemię. Jęknęłam z bólu. Czy nimfy były tak samo niezgrabne jak ja?
Podniosłam głowę. Przy mnie kucała zatroskana Kate.
- Nic ci nie jest? - Podała mi rękę, żebym mogła wstać.
- Poczekaj. Chyba coś złamałam. - Przewróciłam się powoli na plecy. Mimo zimna, Kate zdjęła swoją kurtkę i podłożyła mi ją delikatnie pod głowę.
- Dzwonić po pogotowie?
- Nie, zaraz się zaleczy.
Poczułam ciepło w lewej ręce i nodze oraz lekkie mrowienie. Ból po chwili ustał i mogłam wreszcie wstać. Czułam się jak nowonarodzona.  
- Nie skacz tak! Może jeszcze dobrze się nie zrosło! - Zatroskana Kate spróbowała doprowadzić mnie do porządku.
- Wszystko okay. - Uspokoiłam się i otrzepałam ubrania z piachu. Postanowiłam przyjrzeć się z bliska przeszkodzie, przez którą się wywaliłam. Nie był nią kamień, a raczej brudny, porośnięty krzewami nagrobek.
            
                                                               Ś.P.
Arya Candle - Bail
Żyła lat 35
Zm. 15.10.2011 r.
Kochająca matka i żona
Niech spoczywa w pokoju

- Ciekawe nazwisko - prychnęłam. - Spójrz! - zawołałam Kate i wskazałam jej znalezisko.
Przeszukałam w kieszeniach płaszcza jakichś chusteczek i przetarłam płytę w miejscu wyrytego nazwiska.
- Arya Candle. - przeczytała na głos. - Kto to?
- Arya Candle - Bail. Druga część nazwiska jest dla ciebie ukryta.  Zamknij oczy. – poleciłam.
Kate posłuchała się. Ostrożnie weszłam do jej umysłu, znalazłam blokadę postawioną przez moją matkę i wyłączyłam ją.
- Już.
Kate zamrugała szybko i podniosła wysoko brwi ze zdziwienia.
-To grób twojej matki? - Stanęła za mną.
- Yhy -  przytaknęłam.
- Nie rozumiem. Mówiłaś, że żyje.
- No bo żyje. Wspominałam przecież, że wymyśla dużo kłamstw. To jedno z nich. Jeszcze niedawno wszyscy myśleli, że zginęła w wypadku samochodowym. Ja też.
Kate położyła mi dłoń na plecach
- Wszyscy cierpią przez ciebie! – Usłyszałam głos rozchodzący się echem.
- Mówiłaś coś? – spytałam Kate.
Nie odpowiedziała. Nie czułam już jej dotyku na plecach. Wstałam gwałtownie, powodując lekkie zawroty głowy. Gdy wirowanie ustało, rozejrzałam się po cmentarzu. Nigdzie jej nie było.
- Kate! Kate, gdzie jesteś? 
- Jesteś potworem, Lillian!- odezwał się ponownie tajemniczy głos.
- Kto tu jest?
Obraz zaczął się rozmazywać. Raz przed oczami widziałam zagubioną twarz Kate, a innym razem pusty cmentarz. Próbowała mnie wyrwać z nierealnego świata, ale po chwili zanikała. Czułam, jakbym miała padaczkę, ale to niewidzialna przyjaciółka trzęsła mną z całych sił, żebym ocknęła się z halucynacji.
- Zasługujesz na śmierć! - wydał osąd nieznajomy.
Świat wirował. Nie wiedziałam co robić. Uciekać, czy stać w miejscu?
- Lillian! - wołała mnie Kate, ale nie umiałam się stąd uwolnić. Miałam wrażenie, że znajduję się w zamkniętym pudełku.
- Jesteś gotowa, by umrzeć? Wiesz, że to jedyna opcja. - stwierdził inny niższy od poprzedniego głos.
- Nie zabijecie mnie, kimkolwiek jesteście! - wrzasnęłam.
- Jesteś potworem. Znowu kogoś skrzywdzisz. Nie możesz cofnąć tego, co zrobiłaś. Zasługujesz na śmierć!  - mówiły głosy jednocześnie. Zakryłam uszy.
- Przestańcie!
- Potwór! Potwór! Potwór! Potwór! - wykrzykiwały. Zdezorientowana sama zaczęłam krzyczeć.
Nagle wszystko ucichło. Opuściłam powoli ręce i ponownie rozejrzałam się za Kateriną. Przed oczami błysnęła mi jej postać. Przerażona twarz pojawiła się tak szybko, jak i zniknęła.  W tym miejscu, gdzie powinna stać Kate, zobaczyłam Aarona. Moja ostatnia ofiara przyglądała mi się zawistnym okiem. Nagle zza jego pleców wyszedł kolejny Aaron i następny. Każdy wyglądał przerażająco. Dawno niemyte włosy, śmierdzący oddech, przekrwione oczy, a pod nimi wielkie sińce. Bladą skórę zakrywał porwany i ubrudzony ziemią garnitur. Około trzydziestu Aaronów ustawiło się w krąg, otaczając mnie. Nie miałam możliwości ucieczki.
- Zabiłaś mnie. - odezwał się jeden z nich.
- Nienawidzę cię. - dodał inny.
- Jesteś potworem, potworem! - mówili wszyscy naraz - Potworem! POTWOREM!!
Znowu zatkałam uszy i zaczęłam krzyczeć. Uspokoił mnie znajomy damski głos:
- Wszystko w porządku, kochanie.
- Mama? - Podniosłam głowę. Przede mną stała Arya ubrana w tę samą letnią sukienkę, którą miała na wakacjach w Grecji. Aaron i jego sobowtóry zniknęli.
- Wiem przez co przeszłaś. Nie martw się. - Pogłaskała mnie po policzku.
Zaczęłam płakać z powodu bezsilności oraz radości, że wreszcie mogłam zobaczyć utęsknioną matkę.
- Nie wiem, co mam robić. - stwierdziłam.
- Wiesz, słonko. Wiesz dokładnie, co masz zrobić.
Spojrzałam na trzymany w mojej ręce nóż, który pojawił się znikąd.
- Właśnie tak. To najlepsze wyjście, motylku. Wiesz, o tym. Powiedz to. Na głos.
Kiwnęłam głową.
- Ponieważ jestem potworem - Wzięłam głęboki oddech i objęłam mocniej rączkę noża. - I zasłużyłam na śmierć.
Arya zniknęła. Przede mną stanął Aaron. Objął moje dłonie swoimi.
- Ja…ja.. przepraszam.  - wybąkałam do niego.
- Też przepraszam. - odpowiedział swoim pięknym melodyjnym głosem i pomógł mi wbić ostrze w brzuch. Nogi zrobiły mi się jak z waty i chłopak przytrzymał mnie, żebym nie upadła. Czułam, że powieki są coraz cięższe i cięższe, aż zamknęły się do końca. Jeszcze zanim pogrążyłam się w ciemność, usłyszałam głośny chichot, jak złej czarownicy, który spowodował, że po całym ciele przeszły mnie ciarki. - Jestem silniejsza. - Przypomniałam sobie  głos, który dodawał mi otuchy i dzięki któremu dałam rady uwolnić się z sideł Łowcy Światła. Jeszcze w pełni świadoma, dodałam cicho - Słyszałaś? Jestem silniejsza! - Otworzyłam oczy i wrzasnęłam tak, głośno jak tylko dałam radę:
- Wyłaź z mojej głowy!
Aaron, który trzymał mnie, zamienił się w Kate. Jej twarz promieniała, ponieważ w końcu powróciłam do rzeczywistości.  Uśmiechnęłam się do niej słabo i postanowiłam stanąć o własnych siłach, ale zemdliło mnie i wylądowałam z powrotem w objęciach przyjaciółki.
- Lillian, ty krwawisz! - Dotknęła mojego poplamionego płaszcza i rozpięła go. Na ulubionym swetrze poniżej klatki piersiowej widniał czerwony kleks. Kate podciągnęła wełniany materiał i zobaczyła na moim brzuchu ok. 5 centymetrową ranę.
- Zaaz se zaalecy - wymruczałam prawie nieprzytomna. Z moich ust poleciał strumień krwi.
- Nie sądzę. Tym razem dzwonię po pogotowie - oznajmiła pełna łez przyjaciółka. Położyła mnie ostrożnie na trawie i poszukała swojej kurtki, która dalej leżała pognieciona przy fałszywym grobie matki. Wyjęła z kieszeni komórkę i wybrała numer 911, nakładając z powrotem okrycie - Trzymaj się, Li.
- Jeem poforem. - wyszeptałam sama do siebie, patrząc na  gwiaździste niebo. Po chwili moja głowa opadła bezwładnie w lewą stronę, a powieki zamknęły się, wciągając mnie w egipską ciemność.
 ______________________________________________________________________
Mam w nosie, że są błędy. Może to najgorszy rozdział ever w rankingu Mrocznych Łowców, ale za to najdłuższy.
Ujć...
Wy nie wiecie, o co chodzi. :P



wtorek, 9 lipca 2013

Rozdział 8.

Bal.
Przygotowania, zmartwienia, pokusy.
Stałam na środku sali gimnastycznej, gdzie odbywała się impreza. Miałam na sobie czarną, brokatową suknię wykonaną z szyfonu i zakończoną falbanami. Kręcone blond włosy spoczywały na ramionach, a twarz ukryta była pod mroczną maską. Z moich pleców wyrastały skrzydła.
Wszyscy wokół mnie zachowywali się jak roboty. Wykonywali oni moje polecania.
Obraz nagle się rozmazał i po chwili znalazłam się na scenie. Uczniowie i nauczyciele wykrzykiwali radośnie moje imię. Na głowie spoczywała mi ciężka srebrna korona.
Wszystko znowu zanikło.
Pojawiały się po kolei sceny rozlewu krwi, bólu i śmierci.
Nie ruszyłam się z miejsca. Stałam dalej dumnie z wysoko podniesioną głową. Ręce miałam ubrudzone krwią. Nie swoją krwią. Spojrzałam na widownię. Nikt już nie klaskał, ani nie krzyczał mojego imienia. Ludzie leżeli bezwładnie na podłodze.
Zeszłam dostojnie ze sceny, jak królowa i przeszłam obok martwych ciał.
- Czemu? – usłyszałam w oddali głos Aarona roznoszący się echem. Odwróciłam się w stronę, skąd zostało wypowiedziane pytanie.
Wtem z sufitu spadło powieszone na stryczku ciało. Nie musiałam podchodzić bliżej, by zobaczyć do kogo ono należy.  

Nadszedł dzień balu. Gdy skończyłam lekcje, od razu wybrałam się do Kate. Dziwnie było wrócić do szkoły po tygodniu zawieszenia za wagary. Pierwszy raz w życiu uciekłam z lekcji. Mama, choć była wściekła, nie dała mi szlabanu. Stwierdziła, że będę miała nauczkę, nie mogąc nadrobić sprawdzianów i kartkówek. „Twoim zadaniem jest wszystko pozałatwiać”, powiedziała, ale nie obchodziła mnie szkoła.  Teraz muszę pracować nad sobą. Nad tym, kim jestem, by nareszcie opanować swoje „dary”. Sześciokąt świadczy o liczbie popełnionych morderstw. Tyle zabije osób dopóki w pełni nie zacznie kontrolować swoich wszystkich umiejętności, przypomniałam sobie fragment treści „Sekrety nimfy, władczyni ciemności”. 
To niesprawiedliwe! Przecież nie mogę od tak zabijać! Musi istnieć inny sposób, bym szybciej zapanowała nad moimi umiejętnościami!
- Lillian! – Zamachała mi przed oczami rękoma Kate – Gdzie odpłynęłaś? Stoisz tak od dziesięciu minut.
- Przepraszam. – wybąkałam.
- Miałaś przymierzyć tę sukienkę. – Wskazała na materiał, który trzymałam w ręce.
Skinęłam głową i poszłam do łazienki, gdzie rozłożyłam suknię. Przeraziłam się, gdy zobaczyłam czarną szyfonową kreację z falbanami ozdobionymi srebrnym brokatem. Na samo wspomnienie dzisiejszego snu zrobiło mi się niedobrze. Podeszłam do kranu i na orzeźwienie ochlapałam się wodą. Jak torpeda wybiegłam z toalety, a sukienkę rzuciłam szybko na łóżko Kate, jakby materiał był wykonany ze żrącej substancji.
- Co robisz? – spytała zaskoczona przyjaciółka.
- Nie nałożę jej. – sprzeciwiłam się – Nie masz innej?
- Sorry, ale nic więcej nie zostało. – przekomarzała się ze mną.
- To nie pójdę. – Wzruszyłam ramionami i usiadłam na fioletowym krześle.  Udałam obrażoną.
Już długo zastanawiałam się nad decyzją zrezygnowania z udziału w balu. Stwierdziłam jednak, że dalej musze żyć, jak normalna nastolatka.
- Nie pozwolę.  – Zrzuciła mnie z siedzenia i popchnęła  z powrotem do toalety - Będziesz wyglądać w niej przepięknie. – Wyszczerzyła do mnie zęby i zarzuciła mi na głowę suknię.
Ściągnęłam ją z siebie i przymrużyłam oczy. Czekałam na wybuch złości. Gdzieś w podświadomości pragnęłam zabić Kate.  Przygryzłam wargę i przyjrzałam się przyjaciółce.  Przygotowania, zmartwienia, pokusy, usłyszałam w głowie. Dzięki tym słowom, na czas zrezygnowałam ze złej i niechcianej decyzji. Otrząsnęłam się i szybko zamknęłam w łazience.  
- Wytrzymam. – pocieszyłam samą siebie i spróbowałam zmierzyć się z nałożeniem przerażającej sukni. Każdy jej dotyk sprawiał, że przez całe moje ciało przechodziły dreszcze. Przy zapinaniu kreacji wzięłam głęboki oddech. Niestety, ręce nie sięgnęły zamka.
- Co tak długo? Ja już skończyłam! – oznajmiła Kate. – Pomóc? – Weszła do toalety. Miała na sobie zieloną sięgającą do podłogi suknię, która została zrobiona z aksamitu. Szyję zdobiły niebieskie korale.  Delikatny makijaż podkreślał jej greckie rysy. Wyglądała cudownie.
- Nie! – wrzasnęłam i stanęłam do niej przodem, by nie zauważyła moich blizn na plecach. – Sama sobie poradzę. – dodałam spokojniejszym głosem.
- Nie sądzę. – Położyła ręce na biodrach i przyjrzała mi się uważnie – Co się z tobą ostatnio dzieje? – spytała.
Nie odpowiedziałam, wzrok wbiłam w podłogę. Kate darowawszy mi brak odpowiedzi, podeszła do mnie. Wyciągnęła do przodu ręce, czekając aż dam jej zapiąć sukienkę. Głośno westchnęłam i odwróciłam się do niej tyłem. Odgarnęłam włosy i zacisnęłam mocno powieki. Weszłam do umysłu Kate, zmieniając jej widzialny oczami obraz.
- Już – powiedziała po chwili, a ja odetchnęłam z ulgą. Udało się.
- Dzięki.
- Chodź do pokoju. Muszę ci jeszcze zrobić makijaż.

- Voilà! - Obróciła mnie na krześle w stronę małego lustra znajdującego się na jednej ze ścian pokoju Kate. Zrobiła mi czarne kreski eyeliner’em, a rzęsy podkręciła zalotką i pogrubiła tuszem.

Teraz bawiła się moimi włosami. Upięła mi je w niesforny kok. Jednak potem zdecydowała, że lepiej mi w rozpuszczonych.
 - Wyglądasz rewelacyjnie! – stwierdziła, na co ja zareagowałam naburmuszoną miną - Mam nadzieję, że Aaron nie będzie zazdrosny, jak wszyscy faceci będą padać u twoich stóp.
Słowo „padać” rozniosło się echem w mojej głowie.
- O mały włos bym zapomniała! – Kate wyjęła z szafki dwie maski. Jedną podała mi, a druga niebiesko-zielona ozdobiona świecącymi cekinami była przeznaczona dla niej. Gdy dotknęłam mojej, po całym ciele przeszły mnie ciarki. Maska była zrobiona z czarnych piór, a otwory na oczy otaczał srebrny brokat.
- Nałóż, zobaczymy jak wyglądasz. – zaproponowała.
Przeszliśmy z pokoju do holu, gdzie mieściło się większe lustro. Pierwsza przymierzyła Kate, która oczywiście wyglądała przepięknie. Gdy nadeszła moja kolej,  ktoś zadzwonił do drzwi. Aż podskoczyłam, prawie nie upuściwszy maski na podłogę.
- Lucas i Aaron! – wykrzyknęła radośnie i popędziła na dół. Zostawiła mnie samą przed lustrem.
Sterczałam jak kołek, trzymając w trzęsących się rękach maskę.
- Kate bardzo się namęczyła, przygotowując to wszystko. Taki bal jest tylko raz w życiu. Nie chcę jej zasmucić. – wmawiałam sobie. Po chwili odważyłam się już nałożyć niechciany prezent przez głowę.
Wypuściłam głośno powietrze, gdy zobaczyłam swoje odbicie w lustrze. Nie wiedziałam, że przez ten cały czas wstrzymywałam oddech. Serce biło mi jak oszalałe. Wyglądałam tak samo, jak w moim śnie.
Z osłupienia wyrwał mnie głos Aarona.
- Witaj, piękna.
Usłyszawszy go, poczułam gorąco na policzkach.  Odwróciłam się i na powitanie pocałowałam go w usta.

Czułam się nieswojo w tym stroju. Coraz to poprawiałam suknię, czy włosy.
- Zostaw! Bo zaraz wszystko zniszczysz. – skarciła mnie Kate.
Szybko zdjęłam rękę z szyfonowego materiału i ujęłam nią dłoń Aarona, który stał przy mnie. Ubrany był w zwykły czarny garnitur, a jego piękne zielone oczy  podkreślała zakrywająca twarz srebrna maska. Ten sam kolor miała muszka.
- Wchodzimy? – spytała podekscytowana Kate.
Nie wiem, jak Lucas może wytrzymywać w jej towarzystwie. Jednak cieszę się , że znalazła sobie kogoś. Może wreszcie będzie to jej chłopak na stałe, bo niestety przedtem Kate zmieniała wszystkich, jak rękawiczki, czego nie pochwalałam.
- Panie przodem. – Przepuścił nas Aaron i ukłonił się dostojnie, jak książę z bajki. Uśmiechnęłam się czule do niego i przewróciłam oczami.
- Dziękuję. – odparłam i też wykonałam ukłon niczym księżniczka.
- Przestańcie, bo aż się rzygać chce. – oznajmił Lucas. Chcąc, nie chcąc, Kate kopnęła go w kotkę za złe maniery. Na przeprosiny pocałował ją w policzek.
- Kate i Lucas pasują do siebie. – wyszeptałam na ucho Aaronowi i weszliśmy do budynku szkoły.
- Jedyna dobrze dobrana para. – Usłyszałam za sobą damski głos. Odwróciłam głowę, ale nikogo z tyłu nie widziałam. Popatrzyłam następnie na Aarona. Jego mina świadczyła o tym, że nic nie usłyszał.
Nie zaskoczyłam się, gdy ujrzałam te same dekoracje, co we śnie. Wszędzie wokół były niebiesko- czerwono-fioletowe balony przyczepione do sufitu i walające się po podłodze. Gdy znaleźliśmy się na zaludnionej sali gimnastycznej, wszystko wydawało się nierealistyczne. Wzdrygnęłam się na sam widok liny przeprowadzonej z sufitu, na której zawieszone były kolorowe kartki. Pisało na nich: „Nie narzekaj, uśmiechnij się!
Miałam już odejść od liny wywołującej złe wspomnienia, gdy nagle litery zaczęły się przemieszczać, nabierając innego znaczenia. „Kalipso, strzeż się”, głosił napis. Przerażona szybko odciągnęłam z tamtego miejsca Aarona i powędrowaliśmy na parkiet.
Po kilku tańcach zakręciło mi się w głowie i zachciało pić. Przystanęliśmy przy stoliku z poczęstunkiem i do plastikowego kubka Aaron nalał mi ponczu. Po spróbowaniu czerwonego napoju, zakrztusiłam się.  Sok parzył mój przełyk, a w brzuchu przeszył mnie ostry ból. Czułam, że rozsadza mi od środka wszystkie organy. Odstawiłam na bok kubek i zakryłam usta ręką. Poczułam metaliczny smak w buzi i spojrzałam na dłoń, który była we krwi.
Tylko nie znowu, pomyślałam. Czy nie mogę mieć chociaż jednego normalnego dnia?!
- Wszystko w porządku? – spytał troskliwie Aaron. Gdy zobaczył moją zakrwawioną rękę, przeraził się. – Co się stało?
Otworzyłam buzię, ale nic z siebie nie wydałam. Po chwili, gdy pieczenie ustało, dałam już rady mówić.
- Wszystko okay. Po prostu zakrztusiłam się kawałkami owoców. – Wskazałam na miskę z ponczem. Wiedziałam, że Aaron za bardzo mi nie wierzy, ale nie mogłam cały czas wymazywać mu pamięci.
Przyjrzałam się naczyniu z czerwonym sokiem. Kanty miski były ubrudzone jakąś substancją. No tak, ktoś do niej wsypał piasek z Ogygii. Łowcy.
Nagle zauważyłam w oddali znajomą mi ze snów kobietę. Postać podpierała się o ścianę na przeciwko mnie przyodziana w czerwoną pelerynę. Na głowie miała założony kaptur, który rzucał na twarz cień. Mogłabym stwierdzić, że pod nakryciem nic nie ma, jakby materiał unosił się w powietrzu, gdyby nie świecące w  ciemności rubinowe oczy.
- Arya? – wyszeptałam. Przed moimi oczami zaczęły się pojawiać nowe wspomnienia z dzieciństwa, gdzie zamiast Vivian, widziałam kogoś innego. Nie było już w nich ciemnej blondynki, która uczyła mnie chodzić, odwoziła do szkoły, zabierała na zakupy. Zastąpił ją ktoś inny i dotychczasowa matka stała się teraz dla mnie obcą kobietą.  – Mama?
Chwyciłam rąbek sukni i poszłam w jej stronę. Kobieta zauważyła mój ruch i skierowała się do wyjścia. Rzuciłam się za nią biegiem.
- Li, gdzie idziesz? – spytał Aaron.
- Zaraz wracam. - oznajmiłam, nie zatrzymując się. 
Wybiegłam na korytarz, ale Aryi już nigdzie nie było. Rozejrzałam się nerwowo. W moje oczy rzucił się namalowany na ścianie czerwony napis Uciekaj. Podeszłam do niego i ostrożnie dotknęłam świeżej farby. Oderwałam szybko jak oparzona palce od ściany i nie zastanawiając się, umorusaną dłoń wytarłam o sukienkę.
Farba okazała się krwią, przez co od razu mogłam się domyślić, kto jest autorem napisu.  Ostrzeżenie było śladem po kobiecie w czerwonej pelerynie. Po mojej prawdziwej matce.
Przez nowo odkryte wspomnienia wszystko było teraz dla mnie oczywiste, bo nigdy nie przypominałam zachowaniem ani wyglądem Vivian. Przybrana matka zniknęła ze scen widzianych oczyma małego dziecka i zastąpiła ją Arya. Teraz gdy powracam to różnych wydarzeń, nie widzę w nich już Vivian. Oczywiście, wiedziałam dalej, że istniała, ale nie miała dla mnie żadnego znaczenia. Nie kojarzyłam jej już z ani jednym wspomnieniem. Pamiętam jednak, że ktoś zajmował się mną przez ostatnie dwa lata po wypadku. Na samo wspomnienie tego wydarzenia nowe obrazy zaczęły pojawiać się przed moimi oczami.
Wracałam wtedy z zajęć tanecznych. Prowadziłam, co było nielegalne, ponieważ nie miałam jeszcze ukończonych szesnastu lat. Mama się jednak zgodziła, ponieważ chciała, żebym poćwiczyła przed głównym egzaminem.  Usiadła więc z przodu obok siedzenia kierowcy, żeby mieć czujne oko na trasę. Radośnie razem śpiewałyśmy piosenki, które akurat leciały w radiu. Nagle jakiś pojazd zajechał mi drogę. Chciałam zatrzymać auto, ale hamulec nie działał. Wszystko działo się bardzo szybko. Wiem, że zdążyłam jeszcze spojrzeć na Aryę, u której na twarzy nie widziałam śladów paniki. Wypowiedziała tylko ciche przepraszam i drzwi od samochodu otworzyły się samoczynnie. Wypadłam na asfalt, a auto uderzyło w drzewo z Aryą w środku. Myślałam, że umarłam, lecz leżałam przytomna na ulicy. Nie chciałam otwierać oczu. Pragnęłam dalej myśleć, że wszystko jest w porządku : wrócę do domu, a mamę zastanę, jak zwykle w kuchni lub w salonie.  Spróbowałam podeprzeć się łokciami, ale w nodze przeszył mnie ostry ból. Podniosłam lekko głowę i odważyłam się wreszcie otworzyć oczy. Łzy nachodziły mi do oczu, gdy spojrzałam na rozbity samochód. Po chwili  zauważyłam, że wychodzi z niego jakaś postać. Była nią moja mama. Nic jej się nie stało. Z ulgą na sercu zaczęłam ją wołać ochrypłym głosem, jednak nie spojrzała na mnie. Mimo bólu nie poddawałam się i krzyczałam głośniej, ale ona zignorowała mnie i oddaliła się z rozłożonymi czerwonymi skrzydłami w stronę lasu.
Przed oczami stanęła mi następna sytuacja, gdy szykowałam obiad z mamą. Była sobota popołudniu. Wydarzyło się to kilka godzin przed wypadkiem. Bardzo się starałyśmy, bo niedługo miał wrócić Arcady po tygodniowym wyjeździe w delegację.  Wtem przez przypadek upuściłam szklankę, która z hukiem rozbiła się o podłogę. Mama bardzo się rozzłościła. Nigdy nie widziałam u niej takiej furii. Wzięła nóż i zamachnęła się. W ostatniej chwili powstrzymała ruch ręki, ale i tak przejechała mi ostrzem po skórze w miejscu za uchem.  Gdy zobaczyła z jakim przerażeniem na nią patrzę,  rozpłakała się i wyczyściła mi pamięć.
Od dużego natłoku informacji rozbolała mnie głowa i wreszcie mogłam powrócić do rzeczywistości. Ponownie spojrzałam na ścianę.
Byłam wdzięczna Aryi miłości jaką mnie darzy. Mimo tragedii, jaka spotyka potomków Kalipso, to przeciwstawia się zbierającej się w sobie nienawiści i próbuje zapewnić mi bezpieczeństwo. Jednak nie wiedziałam, co robić. Posłuchać ostrzeżenia, czy wrócić spokojnie na bal?
Nagle usłyszałam głośne krzyki.
- Lillian, Lilian! – dochodził głos z sali gimnastycznej.
- Aaron?
- Co ty tu jeszcze robisz?  - Chłopak wszedł na korytarz. Widząc moją zdezorientowaną minę, dodał – Li, szkoła się pali! Strażacy kazali wszystkim jak najszybciej opuścić budynek! – Pociągnął mnie gwałtownie za rękę do wyjścia. – To krew? – spytał, wskazując na moją poplamioną suknię. Dzięki hałasom udałam, że nie usłyszałam pytania i spojrzałam z powrotem na ścianę. Napis zniknął.
Kiedy mieliśmy wyjść już na zewnątrz, nagle odbiłam się, jakby o niewidzialną ścianę. Spojrzałam w dół. Pode mną była rozsypana znana mi już substancja, której linia ciągnęła się naokoło szkoły.
- Zaczekaj. – poprosiłam Aarona, który zatrzymał się gwałtownie.
Przykucnęłam i dotknęłam tworzywa, które poparzyło mnie w rękę. Jęknęłam z bólu. Bliznę szybko zakryłam dłonią przed Aaronem.
- Nic ci nie jest? – spytał.
- Wszystko w porządku. – Powoli zdjęłam dłoń z oparzenia. Rana zniknęła.
- Szybciej, szybciej! – poganiał nas jeden ze strażaków.
- Musimy się pośpieszyć, ogień szybko się rozprzestrzenia. -  poinformował mnie Aaron.
Ale ja nie mogę wyjść!
Rozejrzałam się rozpaczliwie. Aaron stał już za linią.
- Co się dzieje? Czemu nie idziesz? Chcesz się spalić?
- Poczekaj. – uspokajałam go i spojrzałam w górę. Ogień widoczny już był zza okien na pierwszym piętrze. - Czy mógłbyś przerwać tę linię? – poprosiłam Aarona, wskazując ręką czarną substancję.
Ukucnął i strzepał z chodnika piasek.
- Już ci pasuje?
- Tak. – Uśmiechnęłam się i złapałam go za rękę. Bez przeszkód przeszłam przez „zabójczą” linię.

Strażacy zdołali ugasić pożar zanim całkowicie się rozprzestrzenił. Ogień nie wyrządził zbyt wielu szkód, ale dyrektorka stwierdziła, że ze względu na odnowienie kilku sal uczniowie zostaną zwolnieni z lekcji z czterech następnych dni. Dodała także, że bal niedługo ponownie się odbędzie, tym razem bez przeszkód. Po usłyszeniu dobrej nowiny, wszyscy rozeszli się. Kate pojechała z Lucasem, a ja z Aaronem.
Wyjeżdżając z parkingu szkolnego, obserwowałam przez brudną szybę samochodu oddalający się budynek. Zastanawiałam się, czy mogłabym zginąć pod wpływem ognia, czy jednak moje komórki zregenerowałyby się tak szybko, że pożar nie zrobiłby mi żadnej krzywdy? Potomkinię Kalipso może zabić tylko jej własna córka, powiedział łowca tydzień temu. LuxVenatorzy chcieli pewnie mnie teraz ukarać za śmierć jednego ze swoich.
Jednak nie rozumiem. Albo jestem aż tak dziwna i tępa, albo Łowcy Światła ostatecznie nie spowodowali tego pożaru. Skoro wiedzą, że nie mogą mnie zabić, to czemu podpalili szkołę i otoczyli go piaskiem z Ogygii, bym nie mogła wyjść? Normalny człowiek mógłby zginąć, ale ja nie jestem normalna.
- O czym myślisz? – spytał Aaron.
Odwróciłam głowę w jego stronę i oznajmiłam:
- Nie chciałbyś wiedzieć.
- Powiedz, chętnie posłucham. – nalegał.
Uśmiechnęłam się smutno i nic nie odpowiedziałam.
Sekrety, sekrety i jeszcze raz sekrety. Gdzieś pomiędzy wkradnie się na pewno morderstwo. Czy ja naprawdę jestem niebezpieczna? Zabiłam już dwójkę ludzi i prawie Larissę. Ja nie chcę być taka! Pragnę być normalną siedemnastolatką i żyć pełnią życia. Nie przejmować się niczym. Nie przejmować się tym, że jestem potworem.
- Zatrzymaj się. – odezwałam się po długiej ciszy. Aaron popatrzył na mnie zaskoczony – Zatrzymaj się! – Nie chciałam używać na nim perswazji, ale inaczej by mnie nie posłuchał.
Gdy Aaron zjechał na pobocze drogi, wysiadłam z auta.
- Nie mogę. - stwierdziłam, zatrzaskując drzwi od samochodu.
Aaron szybko za mną wysiadł i podszedł do mnie. Podniósł mi delikatnie podbródek i zobaczył, że płaczę.
- Coś nie tak, Lillian? - zapytał ostrożnie, wycierając mi przy tym opuszkiem palca ściekające po policzku łzy.
Przygryzłam wargę.
- Aaron. - Przełknęłam ślinę. Jego imię wymówiłam z trudem -  Nie możemy być razem. Przepraszam, ale musisz się trzymać ode mnie z daleka.
Pozwolenie, by Aaron zniknął na zawsze z mojego życia było trudną decyzją. Odciągnęłam jego rękę od mojej twarzy i przytrzymałam w dłoniach.Popatrzył na mnie oszołomiony.
-  Ja mówię poważnie, Aaron. - Głos mi się załamywał. - Chcę, abyś był bezpieczny. - Puściłam go i odeszłam kilka kroków.
Cały czas słyszałam wokół mnie cichy szept zakłócany przez pracę silnika: Wszystkich, którzy dotarli na jej wyspę, kusiła swoim pięknem, a następnie zabijała. Kusiła i zabijała, powtarzały bezlistne drzewa. Słowa mąciły mi  głowie. Chciałam krzyczeć z całych sił i oskarżyć Boga o swój los, jeśli w ogóle On istnieje. Postanowiłam jednak pobiec w stronę ciemnego zaułka, gdzie nikt mnie nie zauważy i będę mogła wzbić się w powietrze. Tam otrząsnę się z podjętej decyzji. Powstrzymał mnie Aaron, który złapał za moje ramię. Ciarki mi przeszły po całym ciele.
- Zostaw mnie!- krzyknęłam.
I nagle poczułam się tak, jak wtedy w łazience z Larissą. Zawładnęły mną gniew, furia, złość.
Oczy Aarona rozszerzyły się i zobaczyłam jak powoli się dusi. Próbował bezskutecznie nabrać powietrza do płuc. Zrobił się blady i bezsilnie opadł na ulicę.
Podeszłam do niego z wysoko podniesioną głową. Zacisnęłam usta w prostą kreskę, aby powstrzymać łzy.
- A nie mówiłam. – Zaśmiałam się i spojrzałam w jego oczy patrzące już tylko w pustkę.
_____________________________________________________________________________
Mam w po dziurki w nosie, że są błędy. -.-