czwartek, 20 czerwca 2013

Rozdział 7.

Umiem latać. Umiem latać. Umiem latać, powtarzałam w myślach. Słyszałam, że jeśli wypowie się jakieś słowa kilka razy, okażą się prawdą. W moim przypadku to nie działa.
Od kilku godzin nie ruszyłam się z miejsca.  Wszędzie był tylko las, las i las. No może jeszcze ten stary budynek, nadający się do rozbiórki. Nie słyszałam w oddali żadnych dźwięków samochodów, czy pociągów.  Jedyne, co  docierało do moich uszu, to szelesty drzew i pohukiwanie sów.
Muszę wreszcie zrozumieć, że jestem istotą nadprzyrodzoną i mam moce, dzięki którym mogłabym się stąd wydostać. Ale do mnie to oczywiście nie docierało. Wszystkie uzyskane niedawno informacje mieszały mi w głowie. Dotąd latanie, czy inne nadludzkie umiejętności, były dla mnie tylko fikcją. Dobrze wyglądały one przedstawione w bajkach, komiksach o superbohaterach. Ja najwidoczniej nie jestem herosem, mając wgląd w ostatnie wydarzenia.
Teraz moim zadaniem jest skupienie się i powrót do domu.
Po raz kolejny zamknęłam oczy.  Przywołałam wspomnienie, kiedy „wyleciałam” z okna przed spotkaniem z Aaronem. Co wtedy czułam?
Zimny wiatr otulił mnie, dzięki czemu mogłam się rozluźnić. Wzięłam głęboki oddech i instynktownie zamachałam skrzydłami. Poczułam mrowienie w brzuchu i pewną lekkość. Stanęłam na palcach i odepchnęłam się.
Zawisłam w przestrzeni. Między niebem a ziemią. Powoli otworzyłam oczy. Znajdowałam się w najpiękniejszym miejscu, jakie człowiek mógłby sobie wyobrazić. Wokół mnie były puszyste, lśniące bielą obłoki, przyjazne słońce, a nade mną błękitne niebo. Gdy spojrzałam w dół, mogłam zobaczyć, jak znika za mną zielony las i złe wspomnienia.
Byłam pełna euforii! Nigdy tak się nie czułam! To było coś niezwykłego.
Rozejrzałam się. Teraz czeka mnie najtrudniejsze: którędy do domu?

Byłam już blisko Sheridan. Widziałam z daleka utęskniony dom i ogródek. Ruch skrzydeł skierowałam w przeciwną stronę i delikatnie wylądowałam na trawniku. Schowawszy skrzydła , podeszłam do okna.  Zobaczyłam, jak Arcady pociesza zrozpaczoną Vivian. Ciekawe, ile dni mnie nie było?
Gdy znalazłam się na ganku, długo zastanawiałam się, czy wejść do domu.
Co ja im powiem? Że zostałam uprowadzona, bo jestem dziwadłem i moją nadludzką mocą zabiłam porywacza? A może po prostu ich zahipnotyzuję? Nie, nie mogę tego zrobić. To nadal moi rodzice.
Położyłam dłoń na klamkę i nacisnęłam na nią ostrożnie. Próbowałam nie wydać żadnego odgłosu, co jednak zakończyło się niepowodzeniem. Drzwi zaskrzypiały głośno i z salonu usłyszałam głos mamy:
- Lillian? – spytała z nadzieją. Wbiegła do przedpokoju. Gdy zaważyła, że stoję w drzwiach, uścisnęła mnie mocno.  – Gdzie się podziewałaś? Co ci się stało? – Dotknęła mojej umorusanej błotem twarzy i porwanych ubrań. 
Wzrok powoli skierowałam na opuchniętą twarz Vivian. Następnie na Arcady’ego, który stał przy mamie z założonymi rękoma. Myśli kumulowały się w mojej głowie. Nie wiedziałam, co robić. Powiedzieć im, czy nie? Dostałam okropnego bólu głowy. Nogi się pode mną ugięły. Tata zareagował szybko i złapał mnie zanim zdążyłam upaść.
- Lillian, dobrze się czujesz?
Po policzkach spłynęły mi łzy. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, jak bariera otacza mój dom. Gdy wzięłam głęboki oddech,  sprawiłam, że przezroczysta półkula rozszerzyła się i pod moim władaniem było już całe miasteczko.
Zapomnijcie o mojej nieobecności.

Tydzień. Tyle czasu znajdowałam się poza domem. Oczywiście, gdy zjawiłam się w szkole następnego dnia, nikt nie zauważył,  że mnie nie było. Perswazja czyni cuda.
Przechodząc szkolnym korytarzem, odetchnęłam z ulgą na widok rówieśników i nauczycieli. Tęskniłam za niebieskimi szafkami, ubrudzoną podłogą, zniszczonymi ławkami. Choć nie było idealnie, to czułam się w Sheridan bezpiecznie. Cieszyłam się, gdy koledzy witali się ze mną i nie widzieli we mnie potwora.
Przez cały dzień unikałam Aarona. Bardzo go polubiłam i boję się, że go skrzywdzę. Nie potrafię jeszcze kontrolować w pełni moich umiejętności. Nie chciałabym, żeby ostatnia sytuacja w samochodzie ponownie się wydarzyła.
Nie mogę narażać ludzi na niebezpieczeństwo, a przede wszystkim moich rodziców, Aarona i Kate. Bardzo chciałabym się komuś zwierzyć, zaufać, ale wiem, że to niemożliwe.
Gdy byłam w drodze do klasy języka francuskiego,  przy przeciwnej sali stał Aaron z grupą futbolową. Gwałtownie zatrzymałam się i rozejrzałam się zdenerwowana. Uratowała mnie toaleta, do której popędziłam  jak szalona. Po drodze zderzyłam się ze starą koleżanką z podstawówki, Melanie. Przeprosiłam ją i szybko pomogłam jej podnieść podręczniki. Gdy dotknęłam przez przypadek jej dłoni, wydała mi się lodowata. Spojrzałam troskliwie na Melanie. Twarz miała poważną i  bladą oraz zapadnięte oczy, jakby nie spała od kilku dni.
- Wszystko w porządku? – spytałam.
- Tak. – odburknęła i odwróciła się pośpiesznie.
Weszłam do łazienki. Jeszcze w oddali słyszałam wołanie Aarona. Zignorowałam go.
W środku spotkałam Larissę z jej psiapsiółką. Miała dzisiaj na sobie czarną skórzaną i zbyt krótką spódniczkę oraz różową prześwitującą bluzkę. Jak zwykle, miała w nosie zasady szkoły. Siedziała na parapecie i piłowała pilniczkiem paznokcie.
- Czekałam na ciebie. – odparła.
- Co znowu ci nie pasuje? – spytałam wkurzona.
- Chodzi o Aarona, zabrałaś mi go. Z kim ja mam teraz pójść na bal? Przewodnicząca czirliderek musi umawiać się z kapitanem drużyny  futbolowej!
- Aaron nie jest zabawką. Nie możesz sobie nim rządzić. Ma wolną wolę i nie należy do ciebie. – wytłumaczyłam jej spokojnie.  Zachowanie Larissy doprowadzało mnie do szału, ale próbowałam panować nad sobą.
- Ani do ciebie. – odparła, przedrzeźniając mnie.
Myślałam, że nie wytrzymam. Wszystko we mnie buzowało.
- Mam już tego dość, Larissa! Naprawdę przesadzasz! Nie wszystko obraca się tylko wokół ciebie! – powiedziałam  jej prosto w twarz.
Byłam wściekła i miałam ochotę ją udusić.
Wtem Larissa strasznie pobladła, jakby przeraziły ją moje słowa i dotarły do niej. Nareszcie. Byłam dumna z siebie.
Pokonana koleżanka złapała się nagle za gardło. Dusi się. I to zapewne moja wina.  Jak to zakończyć? Spojrzałam na dłonie, które miałam mocno zaciśnięte w pięści.  Kierowała mną wściekłość i czułam, że chcę śmierci Larissy. Nie mogę być taka! Muszę nauczyć się wreszcie kontrolować moje umiejętności. Bo to nie powinno być chyba aż takie trudne? Gdy zamykam oczy, mogę się skupić i uspokoić. Więc to zrobiłam. Powoli otworzyłam dłonie. Wtedy Larissa opadła na podłogę i zaczęła nabierać szybko powietrza.
- Coś ty jej zrobiła, Lillian?! – wrzasnęła Bren Canny,  koleżanka Larissy. Pomogła wstać przyjaciółce i zaprowadziła ją do pielęgniarki.  - Dziwaczka z ciebie. – dodała zanim wyszła z toalety.
 Stałam oszołomiona i patrzyłam, jak odchodzą, aż drzwi od łazienki zamknęły się. Popatrzyłam na własne odbicie w lustrze i przyłożyłam dłonie do twarzy.
Kim jestem?
Zasiadłam spokojnie do ławki. Gdy podniosłam głowę , zobaczyłam, że wszyscy mi się uważnie przyglądają. Niektórzy ze zdziwieniem, inny z podziwem, a pozostali z wściekłością. Dziewczyny siedzące za mną szeptały. Co chwilę z ich ust padało imię Lillian lub Larissa. Zmarszczyłam czoło. Rana za uchem pulsowała i ból rozchodził się aż na lewy policzek. Schowałam twarz w dłonie i wytężyłam słuch.
- Nie mogę w to uwierzyć, że ona chciała udusić Larissę. – powiedziała jedna, akcentując słowo „ona”, jakby to był kwas, który może wyżreć ci wszystkie wnętrzności. Już pewnie kapitanka czirliderek opowiedziała całej szkole o jej niewinności i o tym, jak się rzuciłam na nią z pazurami.
- Co jej wstąpiło do głowy? Przecież Lari jest taka ekstra. – odpowiedziała druga.
- Pewnie jej zazdrości i tyle.
Wściekła odwróciłam się.
- Możecie przestać? – wysyczałam przez zaciśnięte zęby. Dziewczyny na początku zaskoczone, a potem zaśmiały się szyderczo.
- A co? Udusisz nas? – odparły jednocześnie, jak do małego dziecka.
Nie odpowiedziałam. Po pierwsze nie chciałam się tłumaczyć, a po drugie do sali weszła już nauczycielka i musiałam usiąść przodem do tablicy.

Na dzisiejszej lekcji miał się odbyć test. Zapomniałam o nim kompletnie. Gdyby nauczycielka wiedziała, że zostałam porwana, to by na pewno mi odpuściła. Niestety, powiedzenie prawdy ma też i minusy.
Kończyłam już pisać test, który okazał się strasznie łatwy, gdy nagle z głośników w sali zaczęły wydobywać się zakłócenia. Cała klasa, słysząc nieprzyjemne odgłosy, zakryła uszy. Po chwili hałas ustał i wszyscy odetchnęli z ulgą.
- Cześć ziomki! – powitał znajomy głos szkolnego radiowca. – Przepraszamy za zakłócenia!
Pani Morlieur przewróciła oczami.
- Chcemy wam przypomnieć o zbliżającym się Balu Zimowym. Trwa głosowanie na króla i królową. Macie wybrać najlepszych! – oznajmił, udając showmana - I to chyba tyle. Dzięks. - dodał już normalnym głosem.
W całej klasie zapanował harmider, ale nauczycielka wszystkich uciszyła, walnąwszy  dziennikiem o biurko. Powróciliśmy do egzaminu.
Nagle znowu z głośników wydobył się głos, tym razem sekretarki.
- Lillian Bail proszona jest do dyrektora.
Otworzyłam szeroko oczy, a klasa spojrzała na mnie.
- Ma za swoje – odparł jeden z uczniów.
Spokojnie zebrałam swoje rzeczy i oddałam nauczycielce nieskończony sprawdzian. Nie patrzyłam ludziom w oczy. Następnie wyszłam z sali. Pustym korytarzem poruszałam się wolno, szurając nogami. Pewnie chodzi o sytuacje z Larissą.
- Mogła zginąć. – wyszeptałam pełna gniewu i przywaliłam pięścią o jedną z szafek, w której pozostało głębokie wgłębienie.
Otrząsnęłam się po chwili i rozpłakałam.  Podparłam się żółtej ściany.
- Co się ze mną dzieje? – spojrzałam na zakrwawioną dłoń. Rany szybko zniknęły. – Dlaczego mi musiało się to przydarzyć?

- Ja nic jej nie zrobiłam! – tłumaczyłam się. – Nawet jej nie dotknęłam!
- To prawda? – zwróciła się dyrektorka do Larissy.
- Znaczy nie dusiła mnie rękoma, ale…
- Czyli wszystko wymyśliłaś? – przerwała jej.
- Nie! – sprzeciwiła się Larissa -  To jakaś dziwaczka! Nie mam astmy ani nic z tych rzeczy. Wiem, że jakoś to zrobiła!
Dyrektorka uśmiechnęła się do mnie współczująco i mówiła dalej:
- Larisso, nie chciałabyś może spotkać się ze szkolnym psychologiem?
- Nie jestem chora psychicznie! – prychnęła – Czemu mi nie wierzycie?
- Bo nic ci nie zrobiłam. Tak, mam nadludzką moc i mogę cię w każdej chwili zabić! – powiedziałam zirytowana i  zamachałam nad nią rękoma. – Bu!
Larissa podskoczyła.
- Panno Bail, wystarczy. – poprosiła pani Cartache. -Lillian, przepraszam za nieporozumienie. Możesz wrócić do klasy. - wskazała ręką drzwi.
- Dobrze. Dziękuję i do widzenia. – wstałam i ruszyłam jak najszybciej do wyjścia. Nie chciałam znajdować się w tym samym pokoju, co Larissa.
- Jędza! – krzyknęła zanim drzwi od gabinetu dyrektorki zamknęły się.

Nie wróciłam na lekcje. Wyszłam po cichu ze szkoły przez dziurę w ogrodzeniu.  Nie usiedziałabym dłużej w szkole, nie wiedząc kim jestem i co się ze mną dzieje. 
Pobiegłam na pobliskie pole. Upewniwszy się, że nie ma w pobliżu ludzi, rozłożyłam skrzydła, rozrywając na plecach nowo kupiony top i wzniosłam się ku niebu. Postanowiłam polecieć do Salem i odzyskać książkę, która powinna dalej leżeć przy księgarni. Nie chciałam wracać do przykrych wspomnień, ale musiałam.
Lot był przyjemny i po krótkim czasie znalazłam się już nad Salem. Wylądowałam przy drzwiach Księgarni Luna. Jak przedtem nie było tu żadnych oznak życia.  Z rozpostartymi skrzydłami podeszłam do zakrętu, gdzie zostawiłam poprzednio książkę. Leżała  tam dalej nienaruszona. Włożyłam ją do torby i odleciałam.

Wylądowałam na dachu swojego domu i wygodnie usadowiłam się na czarnych dachówkach. Lubiłam wieczorami spędzać tutaj czas po ciężkim dniu i przyglądać się rozgwieżdżonemu niebu. Teraz nie było aż tak późno, by zobaczyć jasny księżyc , ale musiałam gdzieś odetchnąć i dowiedzieć się , co skrywa ta tajemnicza książka.
Wyjęłam ją z torby i położyłam na kolanach. Książka była średniej wielkości, ale gruba. Poniszczone kartki i okładka świadczyły o tym, że ma już ona swoje lata. Ledwo mogłam odczytać tytuł, który brzmiał : „ Sekrety nimfy, władczyni ciemności”. Przeraził mnie. Czy nimfa Kalipso była aż taka zła?
Wzięłam głęboki oddech i zacisnęłam mocno dłonie wokół książki.
Miałam bardzo dużo pytań: kim jestem? Dlaczego posiadam takie umiejętności? Skąd pochodzę?
Ciekowość wzięła nade mną górę i delikatnie otworzyłam księgę. Na pierwszej stronie dużymi literami wygrawerowany był złoty napis: Strzeż się. Są tajemnice, o których nie powinno się wiedzieć, bo nikt nie jest zobowiązany do ujawnienia prawdy temu, kto nie ma prawa jej znać. Mimo ostrzeżenia przewróciłam kartkę. Był tam rysunek pięknej kobiety, która trzymała rękę nad skuloną dziewczynką. Na początku myślałam, że chce jej pomóc, ale dziecko bało się nieznajomej. Nad dziewczynką unosiła się prawie niedostrzegalna mgła - kobieta zabierała jej duszę.  Pod spodem, ktoś napisał:  Ciałem kieruje nienawiść, a sercem- miłość.  Myśli zabierają to co cenne i serce przegrywa.
Chcąc pozbyć się z pamięci przerażającej sceny, zmieniłam stronę, gdzie znowu na zdjęciu była uwieczniona śmierć a na następnej  przedstawiona historia nimfy. Dowiedziałam się, że będąc małym dzieckiem, lubiła pomagać innym. Kiedy skończyła siedemnaście lat, za jej czyny została obdarowana przez bogów różnymi mocami. Potrafiła m.in. uzdrawiać innych, nawet przywracać  życie. Zwierzętom, roślinom, jak i ludziom. Niestety, dużo osób wykorzystywało Kalipso.  Specjalnie raniło się, żeby ujrzeć tylko jej dar i urodę. Po latach obserwacji Zeus stwierdził,  że córka Atlasa nie może mieć dobrego serca i nadużywa swoich umiejętności. Uwięził ją za nieposłuszeństwo na Ogygii i przeklął ją, by jej dary obróciły się przeciwko niej. Jej dobre serce zmieniło się w lód. Już nigdy nie była taka, jak kiedyś.  Wszystkich, którzy dotarli na jej wyspę, kusiła swoim pięknem, a następnie zabijała. Rodziła swoich potomków, którzy gdy kończyli siedemnaście lat, zamieniali się w maszyny do zabijania. W tym też wieku między córką a matką nie tworzą się więzy, tylko nicie nienawiści. Będą pragnęły nawzajem się pozabijać.
Nadzieję pokładamy w LuxVenatorach ( z łac. Łowcy Światła) , którzy rozjaśnią mrok i zwalczą pokusy, mówił fragment treści „Sekretów nimfy, władczyni ciemności”.
Żal ścisnął mnie za serce. Nimfa została ukarana za to, czego nie zrobiła. Sądzę, że specjalnie  bogowie uczynili tak, bo trwała wtedy tytanomachia, a Kalipso przecież była córką tytana. Teraz mrok płynie w moich żyłach  i jedyne, co mogę zrobić, to trzymać się od wszystkich z daleka. Przewróciłam kilka kartek. Natrafiłam się na obraz dziewczyny o ciemnych oczach  z wysoko uniesioną głową. Z jej pleców wyrastała para czarnych lśniących od światła księżyca skrzydeł. Przejechałam opuszkiem palca po rysach jej twarzy.  Dziewczyna była młoda, w moim wieku. Wyglądem przypominała mnie. Zjechałam palcem na dół. Zdjęcie było podpisane : Blackflier – tak, jak nazwał mnie łowca. Obok ponownie zobaczyłam znajomy mi symbol – trzy trójkąty stykające się wierzchołkami w środku sześciokąta.
Dwa boczne trójkąty oznaczają potężne skrzydła, a dolny jest symbolem całości i jedności. Tylko Blackflier może odmienić losy Kalipso. Sześciokąt świadczy o liczbie popełnionych morderstw. Tyle zabije osób dopóki w pełni nie zacznie kontrolować swoich wszystkich umiejętności.
Przeszły mnie ciarki na samo wspomnienie przykrych wydarzeń.  
Najpotężniejszy ze wszystkich. Niesie strach i pokusę, ale jedyny może uwolnić ród Kalipso od straszliwej klątwy.
Przeczytałam pod spodem. Przewróciłam kartkę. Z tyłu była pusta strona.
- Jeśli jestem Blackflierem, to jak mogę uratować moją rodzinę? – spytałam samą siebie.
Nagle tusz na kartce rozmazał się i zlał się w jedną wielką czarną plamę, z której uformowało się nowe zdanie:
Kto mruga okiem - knuje zło i nikt go od tego nie odwiedzie. 
- Mam dość już tych wszystkich cytatów, których nie rozumiem! Na marne wydałam pięćdziesiąt dolarów!
Tekst znowu zmienił się, jakby czytał mi w myślach.
Złość i gniew są obrzydliwościami, których pełen jest grzesznik.
A gdy te słowa zniknęły, pojawiło się tylko jedno:
Blackflierze.
Z hukiem zamknęłam książkę.
Nie byłam zaskoczona, gdy z tyłu okładki zobaczyłam kolejny napis:
Rana może być opatrzona, 
obelga darowana, 
ale ten, kto wyjawił tajemnicę, nie ma już nadziei. 
Zdenerwowana zgniotłam książkę, jakby była to cienka kartka papieru. Zostawiłam tylko stronę o Blackflierze. Weszłam przez okno do domu. Kartkę położyłam na biurku, a ze zniszczoną książką pobiegłam do kuchni i nie zastanawiając się, wyrzuciłam ją do kosza.

-To dziwne. Ostatnie dni widzę jak przez mgłę. Nie mogę przypomnieć sobie, co robiłem. – stwierdził Aaron. Przytaknęłam, udając, że nie wiem o co mu chodzi.
Umówiłam się z nim wieczorem w parku. Obiecałam sobie, że nie wyjdę dzisiaj z domu, ale bardzo się za nim stęskniłam i nie wytrzymałam.
- Te zaginione wspomnienia dotyczą tylko ciebie. Jakbym cię nie widział od tygodnia.
- Może tylko ci się zdaję? Mogę się z tobą zgodzić, że nie spotkaliśmy się od dawna, ale nie żeby tydzień. – ciężko było mi go okłamywać, patrząc prosto w oczy. Z tęsknoty chciałam się na niego rzucić i być teraz w jego objęciach.
Aaron podszedł powoli i wziął mnie za ręce.
- No to powiedz, co wczoraj robiłaś? – zapytał.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale żadne słowo nie wypadło z moich ust.
- Czy to nie dziwne, że nie pamiętasz?
Pamiętam, głupku! Dobrze pamiętam! Ale nie mogę nic ci powiedzieć.
Uśmiechnęłam się do niego słabo.
- Nie czytasz przypadkiem za dużo książek fantasy? Bo co niby się stało? Przecież to nie Faceci w czerni. Kosmici nie istnieją i nikt nie wyczyszcza nam pamięci. – tłumaczyłam się, by odwieść go od prawdy.
Aaron zaczął coś mówić, ale zagłuszyła go moja komórka. Przeprosiłam go i odeszłam na chwilę.
- Co chcesz, Kate?
- Za godzinę będę w Sheridan! Będę czekać na ciebie w moim domu z nowymi ciuchami! Kupiłam suknie na bal!
- Kate… Nie wiem, czy dam radę do ciebie przyjść.
- Co? Wreszcie odebrałaś i nie chcesz ze mną gadać? Wiem, że zostawiłam cię samą, ale musiałaś mnie ignorować przez te kilka dni i nie odbierać?
- Byłaś poza miastem? – spytałam zaskoczona.
- No tak, mówiłam ci przecież, że wyjeżdżam na tydzień, bo muszę odwiedzić chorą babcię.
- Zapomniałam. – wyszeptałam zdezorientowana. Przez całą sytuację z Kalipso, wyleciało mi to z głowy. Nawet nie zauważyłam, że nie było jej dzisiaj w szkole. Dobrze, że chociaż jeśli znajdowała się poza Sheridan, to i tak nie wiedziała o mojej nieobecności.
- A nie mówiłem, że się coś dzieje. – powiedział Aaron, który stał za mną i podsłuchiwał rozmowę.
- Jesteś z Aaronem? – spytała zaciekawiona Kate – To dlatego nie chcesz ze mną rozmawiać. – westchnęła smutno.
- Nie, nie. Chcę, tylko kiepsko się czuję.
- Wiem, że coś się dzieje, ale ty nie chcesz przyznać mi racji! – stwierdził Aaron. Odwróciłam się do niego. W tym samym czasie usłyszałam w słuchawce Kate:
- Jak to? Coś się dzieje? O co chodzi?
Gniew zawładnął moim ciałem i nie wytrzymałam.
- Czy wy możecie przestać?! – wrzasnęłam tak, że wszyscy ludzie w parku zwrócili na mnie uwagę. Schowałam twarz w dłonie. Gdy uspokoiłam się, podniosłam głowę i uśmiechnęłam się przepraszająco do Aarona.
Do głowy przychodziła mi tylko jedna myśl. Niestety, zawsze muszę pójść najprostszą ścieżką.
- Nic się nie dzieję. – zwróciłam się do Aarona, wpływając na jego umysł i zmieniając zaistniałe wydarzenia – Zadzwonię później. – dodałam do słuchawki i rozłączyłam się.
Spojrzałam na Aarona. Wydało mi się, że nie zada już żadnych głupich pytań, dopóki się nie odezwał:
- To prawda, że…
Wiedziałam, co chce powiedzieć, więc przerwałam mu szybko zanim skończył zdanie. Wszyscy już w szkole rozmawiali o wydarzeniu dnia. Zapewne dzięki Larissie, która nie da z wygraną, niedługo będzie wiedzieć całe Sheridan!
- Nic nie mów. – Przybliżyłam się do niego i złożyłam na jego ustach długi pocałunek.

_____________________________________________________________________
O to i on. Wyczekiwany rozdział 7.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz