wtorek, 9 lipca 2013

Rozdział 8.

Bal.
Przygotowania, zmartwienia, pokusy.
Stałam na środku sali gimnastycznej, gdzie odbywała się impreza. Miałam na sobie czarną, brokatową suknię wykonaną z szyfonu i zakończoną falbanami. Kręcone blond włosy spoczywały na ramionach, a twarz ukryta była pod mroczną maską. Z moich pleców wyrastały skrzydła.
Wszyscy wokół mnie zachowywali się jak roboty. Wykonywali oni moje polecania.
Obraz nagle się rozmazał i po chwili znalazłam się na scenie. Uczniowie i nauczyciele wykrzykiwali radośnie moje imię. Na głowie spoczywała mi ciężka srebrna korona.
Wszystko znowu zanikło.
Pojawiały się po kolei sceny rozlewu krwi, bólu i śmierci.
Nie ruszyłam się z miejsca. Stałam dalej dumnie z wysoko podniesioną głową. Ręce miałam ubrudzone krwią. Nie swoją krwią. Spojrzałam na widownię. Nikt już nie klaskał, ani nie krzyczał mojego imienia. Ludzie leżeli bezwładnie na podłodze.
Zeszłam dostojnie ze sceny, jak królowa i przeszłam obok martwych ciał.
- Czemu? – usłyszałam w oddali głos Aarona roznoszący się echem. Odwróciłam się w stronę, skąd zostało wypowiedziane pytanie.
Wtem z sufitu spadło powieszone na stryczku ciało. Nie musiałam podchodzić bliżej, by zobaczyć do kogo ono należy.  

Nadszedł dzień balu. Gdy skończyłam lekcje, od razu wybrałam się do Kate. Dziwnie było wrócić do szkoły po tygodniu zawieszenia za wagary. Pierwszy raz w życiu uciekłam z lekcji. Mama, choć była wściekła, nie dała mi szlabanu. Stwierdziła, że będę miała nauczkę, nie mogąc nadrobić sprawdzianów i kartkówek. „Twoim zadaniem jest wszystko pozałatwiać”, powiedziała, ale nie obchodziła mnie szkoła.  Teraz muszę pracować nad sobą. Nad tym, kim jestem, by nareszcie opanować swoje „dary”. Sześciokąt świadczy o liczbie popełnionych morderstw. Tyle zabije osób dopóki w pełni nie zacznie kontrolować swoich wszystkich umiejętności, przypomniałam sobie fragment treści „Sekrety nimfy, władczyni ciemności”. 
To niesprawiedliwe! Przecież nie mogę od tak zabijać! Musi istnieć inny sposób, bym szybciej zapanowała nad moimi umiejętnościami!
- Lillian! – Zamachała mi przed oczami rękoma Kate – Gdzie odpłynęłaś? Stoisz tak od dziesięciu minut.
- Przepraszam. – wybąkałam.
- Miałaś przymierzyć tę sukienkę. – Wskazała na materiał, który trzymałam w ręce.
Skinęłam głową i poszłam do łazienki, gdzie rozłożyłam suknię. Przeraziłam się, gdy zobaczyłam czarną szyfonową kreację z falbanami ozdobionymi srebrnym brokatem. Na samo wspomnienie dzisiejszego snu zrobiło mi się niedobrze. Podeszłam do kranu i na orzeźwienie ochlapałam się wodą. Jak torpeda wybiegłam z toalety, a sukienkę rzuciłam szybko na łóżko Kate, jakby materiał był wykonany ze żrącej substancji.
- Co robisz? – spytała zaskoczona przyjaciółka.
- Nie nałożę jej. – sprzeciwiłam się – Nie masz innej?
- Sorry, ale nic więcej nie zostało. – przekomarzała się ze mną.
- To nie pójdę. – Wzruszyłam ramionami i usiadłam na fioletowym krześle.  Udałam obrażoną.
Już długo zastanawiałam się nad decyzją zrezygnowania z udziału w balu. Stwierdziłam jednak, że dalej musze żyć, jak normalna nastolatka.
- Nie pozwolę.  – Zrzuciła mnie z siedzenia i popchnęła  z powrotem do toalety - Będziesz wyglądać w niej przepięknie. – Wyszczerzyła do mnie zęby i zarzuciła mi na głowę suknię.
Ściągnęłam ją z siebie i przymrużyłam oczy. Czekałam na wybuch złości. Gdzieś w podświadomości pragnęłam zabić Kate.  Przygryzłam wargę i przyjrzałam się przyjaciółce.  Przygotowania, zmartwienia, pokusy, usłyszałam w głowie. Dzięki tym słowom, na czas zrezygnowałam ze złej i niechcianej decyzji. Otrząsnęłam się i szybko zamknęłam w łazience.  
- Wytrzymam. – pocieszyłam samą siebie i spróbowałam zmierzyć się z nałożeniem przerażającej sukni. Każdy jej dotyk sprawiał, że przez całe moje ciało przechodziły dreszcze. Przy zapinaniu kreacji wzięłam głęboki oddech. Niestety, ręce nie sięgnęły zamka.
- Co tak długo? Ja już skończyłam! – oznajmiła Kate. – Pomóc? – Weszła do toalety. Miała na sobie zieloną sięgającą do podłogi suknię, która została zrobiona z aksamitu. Szyję zdobiły niebieskie korale.  Delikatny makijaż podkreślał jej greckie rysy. Wyglądała cudownie.
- Nie! – wrzasnęłam i stanęłam do niej przodem, by nie zauważyła moich blizn na plecach. – Sama sobie poradzę. – dodałam spokojniejszym głosem.
- Nie sądzę. – Położyła ręce na biodrach i przyjrzała mi się uważnie – Co się z tobą ostatnio dzieje? – spytała.
Nie odpowiedziałam, wzrok wbiłam w podłogę. Kate darowawszy mi brak odpowiedzi, podeszła do mnie. Wyciągnęła do przodu ręce, czekając aż dam jej zapiąć sukienkę. Głośno westchnęłam i odwróciłam się do niej tyłem. Odgarnęłam włosy i zacisnęłam mocno powieki. Weszłam do umysłu Kate, zmieniając jej widzialny oczami obraz.
- Już – powiedziała po chwili, a ja odetchnęłam z ulgą. Udało się.
- Dzięki.
- Chodź do pokoju. Muszę ci jeszcze zrobić makijaż.

- Voilà! - Obróciła mnie na krześle w stronę małego lustra znajdującego się na jednej ze ścian pokoju Kate. Zrobiła mi czarne kreski eyeliner’em, a rzęsy podkręciła zalotką i pogrubiła tuszem.

Teraz bawiła się moimi włosami. Upięła mi je w niesforny kok. Jednak potem zdecydowała, że lepiej mi w rozpuszczonych.
 - Wyglądasz rewelacyjnie! – stwierdziła, na co ja zareagowałam naburmuszoną miną - Mam nadzieję, że Aaron nie będzie zazdrosny, jak wszyscy faceci będą padać u twoich stóp.
Słowo „padać” rozniosło się echem w mojej głowie.
- O mały włos bym zapomniała! – Kate wyjęła z szafki dwie maski. Jedną podała mi, a druga niebiesko-zielona ozdobiona świecącymi cekinami była przeznaczona dla niej. Gdy dotknęłam mojej, po całym ciele przeszły mnie ciarki. Maska była zrobiona z czarnych piór, a otwory na oczy otaczał srebrny brokat.
- Nałóż, zobaczymy jak wyglądasz. – zaproponowała.
Przeszliśmy z pokoju do holu, gdzie mieściło się większe lustro. Pierwsza przymierzyła Kate, która oczywiście wyglądała przepięknie. Gdy nadeszła moja kolej,  ktoś zadzwonił do drzwi. Aż podskoczyłam, prawie nie upuściwszy maski na podłogę.
- Lucas i Aaron! – wykrzyknęła radośnie i popędziła na dół. Zostawiła mnie samą przed lustrem.
Sterczałam jak kołek, trzymając w trzęsących się rękach maskę.
- Kate bardzo się namęczyła, przygotowując to wszystko. Taki bal jest tylko raz w życiu. Nie chcę jej zasmucić. – wmawiałam sobie. Po chwili odważyłam się już nałożyć niechciany prezent przez głowę.
Wypuściłam głośno powietrze, gdy zobaczyłam swoje odbicie w lustrze. Nie wiedziałam, że przez ten cały czas wstrzymywałam oddech. Serce biło mi jak oszalałe. Wyglądałam tak samo, jak w moim śnie.
Z osłupienia wyrwał mnie głos Aarona.
- Witaj, piękna.
Usłyszawszy go, poczułam gorąco na policzkach.  Odwróciłam się i na powitanie pocałowałam go w usta.

Czułam się nieswojo w tym stroju. Coraz to poprawiałam suknię, czy włosy.
- Zostaw! Bo zaraz wszystko zniszczysz. – skarciła mnie Kate.
Szybko zdjęłam rękę z szyfonowego materiału i ujęłam nią dłoń Aarona, który stał przy mnie. Ubrany był w zwykły czarny garnitur, a jego piękne zielone oczy  podkreślała zakrywająca twarz srebrna maska. Ten sam kolor miała muszka.
- Wchodzimy? – spytała podekscytowana Kate.
Nie wiem, jak Lucas może wytrzymywać w jej towarzystwie. Jednak cieszę się , że znalazła sobie kogoś. Może wreszcie będzie to jej chłopak na stałe, bo niestety przedtem Kate zmieniała wszystkich, jak rękawiczki, czego nie pochwalałam.
- Panie przodem. – Przepuścił nas Aaron i ukłonił się dostojnie, jak książę z bajki. Uśmiechnęłam się czule do niego i przewróciłam oczami.
- Dziękuję. – odparłam i też wykonałam ukłon niczym księżniczka.
- Przestańcie, bo aż się rzygać chce. – oznajmił Lucas. Chcąc, nie chcąc, Kate kopnęła go w kotkę za złe maniery. Na przeprosiny pocałował ją w policzek.
- Kate i Lucas pasują do siebie. – wyszeptałam na ucho Aaronowi i weszliśmy do budynku szkoły.
- Jedyna dobrze dobrana para. – Usłyszałam za sobą damski głos. Odwróciłam głowę, ale nikogo z tyłu nie widziałam. Popatrzyłam następnie na Aarona. Jego mina świadczyła o tym, że nic nie usłyszał.
Nie zaskoczyłam się, gdy ujrzałam te same dekoracje, co we śnie. Wszędzie wokół były niebiesko- czerwono-fioletowe balony przyczepione do sufitu i walające się po podłodze. Gdy znaleźliśmy się na zaludnionej sali gimnastycznej, wszystko wydawało się nierealistyczne. Wzdrygnęłam się na sam widok liny przeprowadzonej z sufitu, na której zawieszone były kolorowe kartki. Pisało na nich: „Nie narzekaj, uśmiechnij się!
Miałam już odejść od liny wywołującej złe wspomnienia, gdy nagle litery zaczęły się przemieszczać, nabierając innego znaczenia. „Kalipso, strzeż się”, głosił napis. Przerażona szybko odciągnęłam z tamtego miejsca Aarona i powędrowaliśmy na parkiet.
Po kilku tańcach zakręciło mi się w głowie i zachciało pić. Przystanęliśmy przy stoliku z poczęstunkiem i do plastikowego kubka Aaron nalał mi ponczu. Po spróbowaniu czerwonego napoju, zakrztusiłam się.  Sok parzył mój przełyk, a w brzuchu przeszył mnie ostry ból. Czułam, że rozsadza mi od środka wszystkie organy. Odstawiłam na bok kubek i zakryłam usta ręką. Poczułam metaliczny smak w buzi i spojrzałam na dłoń, który była we krwi.
Tylko nie znowu, pomyślałam. Czy nie mogę mieć chociaż jednego normalnego dnia?!
- Wszystko w porządku? – spytał troskliwie Aaron. Gdy zobaczył moją zakrwawioną rękę, przeraził się. – Co się stało?
Otworzyłam buzię, ale nic z siebie nie wydałam. Po chwili, gdy pieczenie ustało, dałam już rady mówić.
- Wszystko okay. Po prostu zakrztusiłam się kawałkami owoców. – Wskazałam na miskę z ponczem. Wiedziałam, że Aaron za bardzo mi nie wierzy, ale nie mogłam cały czas wymazywać mu pamięci.
Przyjrzałam się naczyniu z czerwonym sokiem. Kanty miski były ubrudzone jakąś substancją. No tak, ktoś do niej wsypał piasek z Ogygii. Łowcy.
Nagle zauważyłam w oddali znajomą mi ze snów kobietę. Postać podpierała się o ścianę na przeciwko mnie przyodziana w czerwoną pelerynę. Na głowie miała założony kaptur, który rzucał na twarz cień. Mogłabym stwierdzić, że pod nakryciem nic nie ma, jakby materiał unosił się w powietrzu, gdyby nie świecące w  ciemności rubinowe oczy.
- Arya? – wyszeptałam. Przed moimi oczami zaczęły się pojawiać nowe wspomnienia z dzieciństwa, gdzie zamiast Vivian, widziałam kogoś innego. Nie było już w nich ciemnej blondynki, która uczyła mnie chodzić, odwoziła do szkoły, zabierała na zakupy. Zastąpił ją ktoś inny i dotychczasowa matka stała się teraz dla mnie obcą kobietą.  – Mama?
Chwyciłam rąbek sukni i poszłam w jej stronę. Kobieta zauważyła mój ruch i skierowała się do wyjścia. Rzuciłam się za nią biegiem.
- Li, gdzie idziesz? – spytał Aaron.
- Zaraz wracam. - oznajmiłam, nie zatrzymując się. 
Wybiegłam na korytarz, ale Aryi już nigdzie nie było. Rozejrzałam się nerwowo. W moje oczy rzucił się namalowany na ścianie czerwony napis Uciekaj. Podeszłam do niego i ostrożnie dotknęłam świeżej farby. Oderwałam szybko jak oparzona palce od ściany i nie zastanawiając się, umorusaną dłoń wytarłam o sukienkę.
Farba okazała się krwią, przez co od razu mogłam się domyślić, kto jest autorem napisu.  Ostrzeżenie było śladem po kobiecie w czerwonej pelerynie. Po mojej prawdziwej matce.
Przez nowo odkryte wspomnienia wszystko było teraz dla mnie oczywiste, bo nigdy nie przypominałam zachowaniem ani wyglądem Vivian. Przybrana matka zniknęła ze scen widzianych oczyma małego dziecka i zastąpiła ją Arya. Teraz gdy powracam to różnych wydarzeń, nie widzę w nich już Vivian. Oczywiście, wiedziałam dalej, że istniała, ale nie miała dla mnie żadnego znaczenia. Nie kojarzyłam jej już z ani jednym wspomnieniem. Pamiętam jednak, że ktoś zajmował się mną przez ostatnie dwa lata po wypadku. Na samo wspomnienie tego wydarzenia nowe obrazy zaczęły pojawiać się przed moimi oczami.
Wracałam wtedy z zajęć tanecznych. Prowadziłam, co było nielegalne, ponieważ nie miałam jeszcze ukończonych szesnastu lat. Mama się jednak zgodziła, ponieważ chciała, żebym poćwiczyła przed głównym egzaminem.  Usiadła więc z przodu obok siedzenia kierowcy, żeby mieć czujne oko na trasę. Radośnie razem śpiewałyśmy piosenki, które akurat leciały w radiu. Nagle jakiś pojazd zajechał mi drogę. Chciałam zatrzymać auto, ale hamulec nie działał. Wszystko działo się bardzo szybko. Wiem, że zdążyłam jeszcze spojrzeć na Aryę, u której na twarzy nie widziałam śladów paniki. Wypowiedziała tylko ciche przepraszam i drzwi od samochodu otworzyły się samoczynnie. Wypadłam na asfalt, a auto uderzyło w drzewo z Aryą w środku. Myślałam, że umarłam, lecz leżałam przytomna na ulicy. Nie chciałam otwierać oczu. Pragnęłam dalej myśleć, że wszystko jest w porządku : wrócę do domu, a mamę zastanę, jak zwykle w kuchni lub w salonie.  Spróbowałam podeprzeć się łokciami, ale w nodze przeszył mnie ostry ból. Podniosłam lekko głowę i odważyłam się wreszcie otworzyć oczy. Łzy nachodziły mi do oczu, gdy spojrzałam na rozbity samochód. Po chwili  zauważyłam, że wychodzi z niego jakaś postać. Była nią moja mama. Nic jej się nie stało. Z ulgą na sercu zaczęłam ją wołać ochrypłym głosem, jednak nie spojrzała na mnie. Mimo bólu nie poddawałam się i krzyczałam głośniej, ale ona zignorowała mnie i oddaliła się z rozłożonymi czerwonymi skrzydłami w stronę lasu.
Przed oczami stanęła mi następna sytuacja, gdy szykowałam obiad z mamą. Była sobota popołudniu. Wydarzyło się to kilka godzin przed wypadkiem. Bardzo się starałyśmy, bo niedługo miał wrócić Arcady po tygodniowym wyjeździe w delegację.  Wtem przez przypadek upuściłam szklankę, która z hukiem rozbiła się o podłogę. Mama bardzo się rozzłościła. Nigdy nie widziałam u niej takiej furii. Wzięła nóż i zamachnęła się. W ostatniej chwili powstrzymała ruch ręki, ale i tak przejechała mi ostrzem po skórze w miejscu za uchem.  Gdy zobaczyła z jakim przerażeniem na nią patrzę,  rozpłakała się i wyczyściła mi pamięć.
Od dużego natłoku informacji rozbolała mnie głowa i wreszcie mogłam powrócić do rzeczywistości. Ponownie spojrzałam na ścianę.
Byłam wdzięczna Aryi miłości jaką mnie darzy. Mimo tragedii, jaka spotyka potomków Kalipso, to przeciwstawia się zbierającej się w sobie nienawiści i próbuje zapewnić mi bezpieczeństwo. Jednak nie wiedziałam, co robić. Posłuchać ostrzeżenia, czy wrócić spokojnie na bal?
Nagle usłyszałam głośne krzyki.
- Lillian, Lilian! – dochodził głos z sali gimnastycznej.
- Aaron?
- Co ty tu jeszcze robisz?  - Chłopak wszedł na korytarz. Widząc moją zdezorientowaną minę, dodał – Li, szkoła się pali! Strażacy kazali wszystkim jak najszybciej opuścić budynek! – Pociągnął mnie gwałtownie za rękę do wyjścia. – To krew? – spytał, wskazując na moją poplamioną suknię. Dzięki hałasom udałam, że nie usłyszałam pytania i spojrzałam z powrotem na ścianę. Napis zniknął.
Kiedy mieliśmy wyjść już na zewnątrz, nagle odbiłam się, jakby o niewidzialną ścianę. Spojrzałam w dół. Pode mną była rozsypana znana mi już substancja, której linia ciągnęła się naokoło szkoły.
- Zaczekaj. – poprosiłam Aarona, który zatrzymał się gwałtownie.
Przykucnęłam i dotknęłam tworzywa, które poparzyło mnie w rękę. Jęknęłam z bólu. Bliznę szybko zakryłam dłonią przed Aaronem.
- Nic ci nie jest? – spytał.
- Wszystko w porządku. – Powoli zdjęłam dłoń z oparzenia. Rana zniknęła.
- Szybciej, szybciej! – poganiał nas jeden ze strażaków.
- Musimy się pośpieszyć, ogień szybko się rozprzestrzenia. -  poinformował mnie Aaron.
Ale ja nie mogę wyjść!
Rozejrzałam się rozpaczliwie. Aaron stał już za linią.
- Co się dzieje? Czemu nie idziesz? Chcesz się spalić?
- Poczekaj. – uspokajałam go i spojrzałam w górę. Ogień widoczny już był zza okien na pierwszym piętrze. - Czy mógłbyś przerwać tę linię? – poprosiłam Aarona, wskazując ręką czarną substancję.
Ukucnął i strzepał z chodnika piasek.
- Już ci pasuje?
- Tak. – Uśmiechnęłam się i złapałam go za rękę. Bez przeszkód przeszłam przez „zabójczą” linię.

Strażacy zdołali ugasić pożar zanim całkowicie się rozprzestrzenił. Ogień nie wyrządził zbyt wielu szkód, ale dyrektorka stwierdziła, że ze względu na odnowienie kilku sal uczniowie zostaną zwolnieni z lekcji z czterech następnych dni. Dodała także, że bal niedługo ponownie się odbędzie, tym razem bez przeszkód. Po usłyszeniu dobrej nowiny, wszyscy rozeszli się. Kate pojechała z Lucasem, a ja z Aaronem.
Wyjeżdżając z parkingu szkolnego, obserwowałam przez brudną szybę samochodu oddalający się budynek. Zastanawiałam się, czy mogłabym zginąć pod wpływem ognia, czy jednak moje komórki zregenerowałyby się tak szybko, że pożar nie zrobiłby mi żadnej krzywdy? Potomkinię Kalipso może zabić tylko jej własna córka, powiedział łowca tydzień temu. LuxVenatorzy chcieli pewnie mnie teraz ukarać za śmierć jednego ze swoich.
Jednak nie rozumiem. Albo jestem aż tak dziwna i tępa, albo Łowcy Światła ostatecznie nie spowodowali tego pożaru. Skoro wiedzą, że nie mogą mnie zabić, to czemu podpalili szkołę i otoczyli go piaskiem z Ogygii, bym nie mogła wyjść? Normalny człowiek mógłby zginąć, ale ja nie jestem normalna.
- O czym myślisz? – spytał Aaron.
Odwróciłam głowę w jego stronę i oznajmiłam:
- Nie chciałbyś wiedzieć.
- Powiedz, chętnie posłucham. – nalegał.
Uśmiechnęłam się smutno i nic nie odpowiedziałam.
Sekrety, sekrety i jeszcze raz sekrety. Gdzieś pomiędzy wkradnie się na pewno morderstwo. Czy ja naprawdę jestem niebezpieczna? Zabiłam już dwójkę ludzi i prawie Larissę. Ja nie chcę być taka! Pragnę być normalną siedemnastolatką i żyć pełnią życia. Nie przejmować się niczym. Nie przejmować się tym, że jestem potworem.
- Zatrzymaj się. – odezwałam się po długiej ciszy. Aaron popatrzył na mnie zaskoczony – Zatrzymaj się! – Nie chciałam używać na nim perswazji, ale inaczej by mnie nie posłuchał.
Gdy Aaron zjechał na pobocze drogi, wysiadłam z auta.
- Nie mogę. - stwierdziłam, zatrzaskując drzwi od samochodu.
Aaron szybko za mną wysiadł i podszedł do mnie. Podniósł mi delikatnie podbródek i zobaczył, że płaczę.
- Coś nie tak, Lillian? - zapytał ostrożnie, wycierając mi przy tym opuszkiem palca ściekające po policzku łzy.
Przygryzłam wargę.
- Aaron. - Przełknęłam ślinę. Jego imię wymówiłam z trudem -  Nie możemy być razem. Przepraszam, ale musisz się trzymać ode mnie z daleka.
Pozwolenie, by Aaron zniknął na zawsze z mojego życia było trudną decyzją. Odciągnęłam jego rękę od mojej twarzy i przytrzymałam w dłoniach.Popatrzył na mnie oszołomiony.
-  Ja mówię poważnie, Aaron. - Głos mi się załamywał. - Chcę, abyś był bezpieczny. - Puściłam go i odeszłam kilka kroków.
Cały czas słyszałam wokół mnie cichy szept zakłócany przez pracę silnika: Wszystkich, którzy dotarli na jej wyspę, kusiła swoim pięknem, a następnie zabijała. Kusiła i zabijała, powtarzały bezlistne drzewa. Słowa mąciły mi  głowie. Chciałam krzyczeć z całych sił i oskarżyć Boga o swój los, jeśli w ogóle On istnieje. Postanowiłam jednak pobiec w stronę ciemnego zaułka, gdzie nikt mnie nie zauważy i będę mogła wzbić się w powietrze. Tam otrząsnę się z podjętej decyzji. Powstrzymał mnie Aaron, który złapał za moje ramię. Ciarki mi przeszły po całym ciele.
- Zostaw mnie!- krzyknęłam.
I nagle poczułam się tak, jak wtedy w łazience z Larissą. Zawładnęły mną gniew, furia, złość.
Oczy Aarona rozszerzyły się i zobaczyłam jak powoli się dusi. Próbował bezskutecznie nabrać powietrza do płuc. Zrobił się blady i bezsilnie opadł na ulicę.
Podeszłam do niego z wysoko podniesioną głową. Zacisnęłam usta w prostą kreskę, aby powstrzymać łzy.
- A nie mówiłam. – Zaśmiałam się i spojrzałam w jego oczy patrzące już tylko w pustkę.
_____________________________________________________________________________
Mam w po dziurki w nosie, że są błędy. -.-


czwartek, 20 czerwca 2013

Rozdział 7.

Umiem latać. Umiem latać. Umiem latać, powtarzałam w myślach. Słyszałam, że jeśli wypowie się jakieś słowa kilka razy, okażą się prawdą. W moim przypadku to nie działa.
Od kilku godzin nie ruszyłam się z miejsca.  Wszędzie był tylko las, las i las. No może jeszcze ten stary budynek, nadający się do rozbiórki. Nie słyszałam w oddali żadnych dźwięków samochodów, czy pociągów.  Jedyne, co  docierało do moich uszu, to szelesty drzew i pohukiwanie sów.
Muszę wreszcie zrozumieć, że jestem istotą nadprzyrodzoną i mam moce, dzięki którym mogłabym się stąd wydostać. Ale do mnie to oczywiście nie docierało. Wszystkie uzyskane niedawno informacje mieszały mi w głowie. Dotąd latanie, czy inne nadludzkie umiejętności, były dla mnie tylko fikcją. Dobrze wyglądały one przedstawione w bajkach, komiksach o superbohaterach. Ja najwidoczniej nie jestem herosem, mając wgląd w ostatnie wydarzenia.
Teraz moim zadaniem jest skupienie się i powrót do domu.
Po raz kolejny zamknęłam oczy.  Przywołałam wspomnienie, kiedy „wyleciałam” z okna przed spotkaniem z Aaronem. Co wtedy czułam?
Zimny wiatr otulił mnie, dzięki czemu mogłam się rozluźnić. Wzięłam głęboki oddech i instynktownie zamachałam skrzydłami. Poczułam mrowienie w brzuchu i pewną lekkość. Stanęłam na palcach i odepchnęłam się.
Zawisłam w przestrzeni. Między niebem a ziemią. Powoli otworzyłam oczy. Znajdowałam się w najpiękniejszym miejscu, jakie człowiek mógłby sobie wyobrazić. Wokół mnie były puszyste, lśniące bielą obłoki, przyjazne słońce, a nade mną błękitne niebo. Gdy spojrzałam w dół, mogłam zobaczyć, jak znika za mną zielony las i złe wspomnienia.
Byłam pełna euforii! Nigdy tak się nie czułam! To było coś niezwykłego.
Rozejrzałam się. Teraz czeka mnie najtrudniejsze: którędy do domu?

Byłam już blisko Sheridan. Widziałam z daleka utęskniony dom i ogródek. Ruch skrzydeł skierowałam w przeciwną stronę i delikatnie wylądowałam na trawniku. Schowawszy skrzydła , podeszłam do okna.  Zobaczyłam, jak Arcady pociesza zrozpaczoną Vivian. Ciekawe, ile dni mnie nie było?
Gdy znalazłam się na ganku, długo zastanawiałam się, czy wejść do domu.
Co ja im powiem? Że zostałam uprowadzona, bo jestem dziwadłem i moją nadludzką mocą zabiłam porywacza? A może po prostu ich zahipnotyzuję? Nie, nie mogę tego zrobić. To nadal moi rodzice.
Położyłam dłoń na klamkę i nacisnęłam na nią ostrożnie. Próbowałam nie wydać żadnego odgłosu, co jednak zakończyło się niepowodzeniem. Drzwi zaskrzypiały głośno i z salonu usłyszałam głos mamy:
- Lillian? – spytała z nadzieją. Wbiegła do przedpokoju. Gdy zaważyła, że stoję w drzwiach, uścisnęła mnie mocno.  – Gdzie się podziewałaś? Co ci się stało? – Dotknęła mojej umorusanej błotem twarzy i porwanych ubrań. 
Wzrok powoli skierowałam na opuchniętą twarz Vivian. Następnie na Arcady’ego, który stał przy mamie z założonymi rękoma. Myśli kumulowały się w mojej głowie. Nie wiedziałam, co robić. Powiedzieć im, czy nie? Dostałam okropnego bólu głowy. Nogi się pode mną ugięły. Tata zareagował szybko i złapał mnie zanim zdążyłam upaść.
- Lillian, dobrze się czujesz?
Po policzkach spłynęły mi łzy. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, jak bariera otacza mój dom. Gdy wzięłam głęboki oddech,  sprawiłam, że przezroczysta półkula rozszerzyła się i pod moim władaniem było już całe miasteczko.
Zapomnijcie o mojej nieobecności.

Tydzień. Tyle czasu znajdowałam się poza domem. Oczywiście, gdy zjawiłam się w szkole następnego dnia, nikt nie zauważył,  że mnie nie było. Perswazja czyni cuda.
Przechodząc szkolnym korytarzem, odetchnęłam z ulgą na widok rówieśników i nauczycieli. Tęskniłam za niebieskimi szafkami, ubrudzoną podłogą, zniszczonymi ławkami. Choć nie było idealnie, to czułam się w Sheridan bezpiecznie. Cieszyłam się, gdy koledzy witali się ze mną i nie widzieli we mnie potwora.
Przez cały dzień unikałam Aarona. Bardzo go polubiłam i boję się, że go skrzywdzę. Nie potrafię jeszcze kontrolować w pełni moich umiejętności. Nie chciałabym, żeby ostatnia sytuacja w samochodzie ponownie się wydarzyła.
Nie mogę narażać ludzi na niebezpieczeństwo, a przede wszystkim moich rodziców, Aarona i Kate. Bardzo chciałabym się komuś zwierzyć, zaufać, ale wiem, że to niemożliwe.
Gdy byłam w drodze do klasy języka francuskiego,  przy przeciwnej sali stał Aaron z grupą futbolową. Gwałtownie zatrzymałam się i rozejrzałam się zdenerwowana. Uratowała mnie toaleta, do której popędziłam  jak szalona. Po drodze zderzyłam się ze starą koleżanką z podstawówki, Melanie. Przeprosiłam ją i szybko pomogłam jej podnieść podręczniki. Gdy dotknęłam przez przypadek jej dłoni, wydała mi się lodowata. Spojrzałam troskliwie na Melanie. Twarz miała poważną i  bladą oraz zapadnięte oczy, jakby nie spała od kilku dni.
- Wszystko w porządku? – spytałam.
- Tak. – odburknęła i odwróciła się pośpiesznie.
Weszłam do łazienki. Jeszcze w oddali słyszałam wołanie Aarona. Zignorowałam go.
W środku spotkałam Larissę z jej psiapsiółką. Miała dzisiaj na sobie czarną skórzaną i zbyt krótką spódniczkę oraz różową prześwitującą bluzkę. Jak zwykle, miała w nosie zasady szkoły. Siedziała na parapecie i piłowała pilniczkiem paznokcie.
- Czekałam na ciebie. – odparła.
- Co znowu ci nie pasuje? – spytałam wkurzona.
- Chodzi o Aarona, zabrałaś mi go. Z kim ja mam teraz pójść na bal? Przewodnicząca czirliderek musi umawiać się z kapitanem drużyny  futbolowej!
- Aaron nie jest zabawką. Nie możesz sobie nim rządzić. Ma wolną wolę i nie należy do ciebie. – wytłumaczyłam jej spokojnie.  Zachowanie Larissy doprowadzało mnie do szału, ale próbowałam panować nad sobą.
- Ani do ciebie. – odparła, przedrzeźniając mnie.
Myślałam, że nie wytrzymam. Wszystko we mnie buzowało.
- Mam już tego dość, Larissa! Naprawdę przesadzasz! Nie wszystko obraca się tylko wokół ciebie! – powiedziałam  jej prosto w twarz.
Byłam wściekła i miałam ochotę ją udusić.
Wtem Larissa strasznie pobladła, jakby przeraziły ją moje słowa i dotarły do niej. Nareszcie. Byłam dumna z siebie.
Pokonana koleżanka złapała się nagle za gardło. Dusi się. I to zapewne moja wina.  Jak to zakończyć? Spojrzałam na dłonie, które miałam mocno zaciśnięte w pięści.  Kierowała mną wściekłość i czułam, że chcę śmierci Larissy. Nie mogę być taka! Muszę nauczyć się wreszcie kontrolować moje umiejętności. Bo to nie powinno być chyba aż takie trudne? Gdy zamykam oczy, mogę się skupić i uspokoić. Więc to zrobiłam. Powoli otworzyłam dłonie. Wtedy Larissa opadła na podłogę i zaczęła nabierać szybko powietrza.
- Coś ty jej zrobiła, Lillian?! – wrzasnęła Bren Canny,  koleżanka Larissy. Pomogła wstać przyjaciółce i zaprowadziła ją do pielęgniarki.  - Dziwaczka z ciebie. – dodała zanim wyszła z toalety.
 Stałam oszołomiona i patrzyłam, jak odchodzą, aż drzwi od łazienki zamknęły się. Popatrzyłam na własne odbicie w lustrze i przyłożyłam dłonie do twarzy.
Kim jestem?
Zasiadłam spokojnie do ławki. Gdy podniosłam głowę , zobaczyłam, że wszyscy mi się uważnie przyglądają. Niektórzy ze zdziwieniem, inny z podziwem, a pozostali z wściekłością. Dziewczyny siedzące za mną szeptały. Co chwilę z ich ust padało imię Lillian lub Larissa. Zmarszczyłam czoło. Rana za uchem pulsowała i ból rozchodził się aż na lewy policzek. Schowałam twarz w dłonie i wytężyłam słuch.
- Nie mogę w to uwierzyć, że ona chciała udusić Larissę. – powiedziała jedna, akcentując słowo „ona”, jakby to był kwas, który może wyżreć ci wszystkie wnętrzności. Już pewnie kapitanka czirliderek opowiedziała całej szkole o jej niewinności i o tym, jak się rzuciłam na nią z pazurami.
- Co jej wstąpiło do głowy? Przecież Lari jest taka ekstra. – odpowiedziała druga.
- Pewnie jej zazdrości i tyle.
Wściekła odwróciłam się.
- Możecie przestać? – wysyczałam przez zaciśnięte zęby. Dziewczyny na początku zaskoczone, a potem zaśmiały się szyderczo.
- A co? Udusisz nas? – odparły jednocześnie, jak do małego dziecka.
Nie odpowiedziałam. Po pierwsze nie chciałam się tłumaczyć, a po drugie do sali weszła już nauczycielka i musiałam usiąść przodem do tablicy.

Na dzisiejszej lekcji miał się odbyć test. Zapomniałam o nim kompletnie. Gdyby nauczycielka wiedziała, że zostałam porwana, to by na pewno mi odpuściła. Niestety, powiedzenie prawdy ma też i minusy.
Kończyłam już pisać test, który okazał się strasznie łatwy, gdy nagle z głośników w sali zaczęły wydobywać się zakłócenia. Cała klasa, słysząc nieprzyjemne odgłosy, zakryła uszy. Po chwili hałas ustał i wszyscy odetchnęli z ulgą.
- Cześć ziomki! – powitał znajomy głos szkolnego radiowca. – Przepraszamy za zakłócenia!
Pani Morlieur przewróciła oczami.
- Chcemy wam przypomnieć o zbliżającym się Balu Zimowym. Trwa głosowanie na króla i królową. Macie wybrać najlepszych! – oznajmił, udając showmana - I to chyba tyle. Dzięks. - dodał już normalnym głosem.
W całej klasie zapanował harmider, ale nauczycielka wszystkich uciszyła, walnąwszy  dziennikiem o biurko. Powróciliśmy do egzaminu.
Nagle znowu z głośników wydobył się głos, tym razem sekretarki.
- Lillian Bail proszona jest do dyrektora.
Otworzyłam szeroko oczy, a klasa spojrzała na mnie.
- Ma za swoje – odparł jeden z uczniów.
Spokojnie zebrałam swoje rzeczy i oddałam nauczycielce nieskończony sprawdzian. Nie patrzyłam ludziom w oczy. Następnie wyszłam z sali. Pustym korytarzem poruszałam się wolno, szurając nogami. Pewnie chodzi o sytuacje z Larissą.
- Mogła zginąć. – wyszeptałam pełna gniewu i przywaliłam pięścią o jedną z szafek, w której pozostało głębokie wgłębienie.
Otrząsnęłam się po chwili i rozpłakałam.  Podparłam się żółtej ściany.
- Co się ze mną dzieje? – spojrzałam na zakrwawioną dłoń. Rany szybko zniknęły. – Dlaczego mi musiało się to przydarzyć?

- Ja nic jej nie zrobiłam! – tłumaczyłam się. – Nawet jej nie dotknęłam!
- To prawda? – zwróciła się dyrektorka do Larissy.
- Znaczy nie dusiła mnie rękoma, ale…
- Czyli wszystko wymyśliłaś? – przerwała jej.
- Nie! – sprzeciwiła się Larissa -  To jakaś dziwaczka! Nie mam astmy ani nic z tych rzeczy. Wiem, że jakoś to zrobiła!
Dyrektorka uśmiechnęła się do mnie współczująco i mówiła dalej:
- Larisso, nie chciałabyś może spotkać się ze szkolnym psychologiem?
- Nie jestem chora psychicznie! – prychnęła – Czemu mi nie wierzycie?
- Bo nic ci nie zrobiłam. Tak, mam nadludzką moc i mogę cię w każdej chwili zabić! – powiedziałam zirytowana i  zamachałam nad nią rękoma. – Bu!
Larissa podskoczyła.
- Panno Bail, wystarczy. – poprosiła pani Cartache. -Lillian, przepraszam za nieporozumienie. Możesz wrócić do klasy. - wskazała ręką drzwi.
- Dobrze. Dziękuję i do widzenia. – wstałam i ruszyłam jak najszybciej do wyjścia. Nie chciałam znajdować się w tym samym pokoju, co Larissa.
- Jędza! – krzyknęła zanim drzwi od gabinetu dyrektorki zamknęły się.

Nie wróciłam na lekcje. Wyszłam po cichu ze szkoły przez dziurę w ogrodzeniu.  Nie usiedziałabym dłużej w szkole, nie wiedząc kim jestem i co się ze mną dzieje. 
Pobiegłam na pobliskie pole. Upewniwszy się, że nie ma w pobliżu ludzi, rozłożyłam skrzydła, rozrywając na plecach nowo kupiony top i wzniosłam się ku niebu. Postanowiłam polecieć do Salem i odzyskać książkę, która powinna dalej leżeć przy księgarni. Nie chciałam wracać do przykrych wspomnień, ale musiałam.
Lot był przyjemny i po krótkim czasie znalazłam się już nad Salem. Wylądowałam przy drzwiach Księgarni Luna. Jak przedtem nie było tu żadnych oznak życia.  Z rozpostartymi skrzydłami podeszłam do zakrętu, gdzie zostawiłam poprzednio książkę. Leżała  tam dalej nienaruszona. Włożyłam ją do torby i odleciałam.

Wylądowałam na dachu swojego domu i wygodnie usadowiłam się na czarnych dachówkach. Lubiłam wieczorami spędzać tutaj czas po ciężkim dniu i przyglądać się rozgwieżdżonemu niebu. Teraz nie było aż tak późno, by zobaczyć jasny księżyc , ale musiałam gdzieś odetchnąć i dowiedzieć się , co skrywa ta tajemnicza książka.
Wyjęłam ją z torby i położyłam na kolanach. Książka była średniej wielkości, ale gruba. Poniszczone kartki i okładka świadczyły o tym, że ma już ona swoje lata. Ledwo mogłam odczytać tytuł, który brzmiał : „ Sekrety nimfy, władczyni ciemności”. Przeraził mnie. Czy nimfa Kalipso była aż taka zła?
Wzięłam głęboki oddech i zacisnęłam mocno dłonie wokół książki.
Miałam bardzo dużo pytań: kim jestem? Dlaczego posiadam takie umiejętności? Skąd pochodzę?
Ciekowość wzięła nade mną górę i delikatnie otworzyłam księgę. Na pierwszej stronie dużymi literami wygrawerowany był złoty napis: Strzeż się. Są tajemnice, o których nie powinno się wiedzieć, bo nikt nie jest zobowiązany do ujawnienia prawdy temu, kto nie ma prawa jej znać. Mimo ostrzeżenia przewróciłam kartkę. Był tam rysunek pięknej kobiety, która trzymała rękę nad skuloną dziewczynką. Na początku myślałam, że chce jej pomóc, ale dziecko bało się nieznajomej. Nad dziewczynką unosiła się prawie niedostrzegalna mgła - kobieta zabierała jej duszę.  Pod spodem, ktoś napisał:  Ciałem kieruje nienawiść, a sercem- miłość.  Myśli zabierają to co cenne i serce przegrywa.
Chcąc pozbyć się z pamięci przerażającej sceny, zmieniłam stronę, gdzie znowu na zdjęciu była uwieczniona śmierć a na następnej  przedstawiona historia nimfy. Dowiedziałam się, że będąc małym dzieckiem, lubiła pomagać innym. Kiedy skończyła siedemnaście lat, za jej czyny została obdarowana przez bogów różnymi mocami. Potrafiła m.in. uzdrawiać innych, nawet przywracać  życie. Zwierzętom, roślinom, jak i ludziom. Niestety, dużo osób wykorzystywało Kalipso.  Specjalnie raniło się, żeby ujrzeć tylko jej dar i urodę. Po latach obserwacji Zeus stwierdził,  że córka Atlasa nie może mieć dobrego serca i nadużywa swoich umiejętności. Uwięził ją za nieposłuszeństwo na Ogygii i przeklął ją, by jej dary obróciły się przeciwko niej. Jej dobre serce zmieniło się w lód. Już nigdy nie była taka, jak kiedyś.  Wszystkich, którzy dotarli na jej wyspę, kusiła swoim pięknem, a następnie zabijała. Rodziła swoich potomków, którzy gdy kończyli siedemnaście lat, zamieniali się w maszyny do zabijania. W tym też wieku między córką a matką nie tworzą się więzy, tylko nicie nienawiści. Będą pragnęły nawzajem się pozabijać.
Nadzieję pokładamy w LuxVenatorach ( z łac. Łowcy Światła) , którzy rozjaśnią mrok i zwalczą pokusy, mówił fragment treści „Sekretów nimfy, władczyni ciemności”.
Żal ścisnął mnie za serce. Nimfa została ukarana za to, czego nie zrobiła. Sądzę, że specjalnie  bogowie uczynili tak, bo trwała wtedy tytanomachia, a Kalipso przecież była córką tytana. Teraz mrok płynie w moich żyłach  i jedyne, co mogę zrobić, to trzymać się od wszystkich z daleka. Przewróciłam kilka kartek. Natrafiłam się na obraz dziewczyny o ciemnych oczach  z wysoko uniesioną głową. Z jej pleców wyrastała para czarnych lśniących od światła księżyca skrzydeł. Przejechałam opuszkiem palca po rysach jej twarzy.  Dziewczyna była młoda, w moim wieku. Wyglądem przypominała mnie. Zjechałam palcem na dół. Zdjęcie było podpisane : Blackflier – tak, jak nazwał mnie łowca. Obok ponownie zobaczyłam znajomy mi symbol – trzy trójkąty stykające się wierzchołkami w środku sześciokąta.
Dwa boczne trójkąty oznaczają potężne skrzydła, a dolny jest symbolem całości i jedności. Tylko Blackflier może odmienić losy Kalipso. Sześciokąt świadczy o liczbie popełnionych morderstw. Tyle zabije osób dopóki w pełni nie zacznie kontrolować swoich wszystkich umiejętności.
Przeszły mnie ciarki na samo wspomnienie przykrych wydarzeń.  
Najpotężniejszy ze wszystkich. Niesie strach i pokusę, ale jedyny może uwolnić ród Kalipso od straszliwej klątwy.
Przeczytałam pod spodem. Przewróciłam kartkę. Z tyłu była pusta strona.
- Jeśli jestem Blackflierem, to jak mogę uratować moją rodzinę? – spytałam samą siebie.
Nagle tusz na kartce rozmazał się i zlał się w jedną wielką czarną plamę, z której uformowało się nowe zdanie:
Kto mruga okiem - knuje zło i nikt go od tego nie odwiedzie. 
- Mam dość już tych wszystkich cytatów, których nie rozumiem! Na marne wydałam pięćdziesiąt dolarów!
Tekst znowu zmienił się, jakby czytał mi w myślach.
Złość i gniew są obrzydliwościami, których pełen jest grzesznik.
A gdy te słowa zniknęły, pojawiło się tylko jedno:
Blackflierze.
Z hukiem zamknęłam książkę.
Nie byłam zaskoczona, gdy z tyłu okładki zobaczyłam kolejny napis:
Rana może być opatrzona, 
obelga darowana, 
ale ten, kto wyjawił tajemnicę, nie ma już nadziei. 
Zdenerwowana zgniotłam książkę, jakby była to cienka kartka papieru. Zostawiłam tylko stronę o Blackflierze. Weszłam przez okno do domu. Kartkę położyłam na biurku, a ze zniszczoną książką pobiegłam do kuchni i nie zastanawiając się, wyrzuciłam ją do kosza.

-To dziwne. Ostatnie dni widzę jak przez mgłę. Nie mogę przypomnieć sobie, co robiłem. – stwierdził Aaron. Przytaknęłam, udając, że nie wiem o co mu chodzi.
Umówiłam się z nim wieczorem w parku. Obiecałam sobie, że nie wyjdę dzisiaj z domu, ale bardzo się za nim stęskniłam i nie wytrzymałam.
- Te zaginione wspomnienia dotyczą tylko ciebie. Jakbym cię nie widział od tygodnia.
- Może tylko ci się zdaję? Mogę się z tobą zgodzić, że nie spotkaliśmy się od dawna, ale nie żeby tydzień. – ciężko było mi go okłamywać, patrząc prosto w oczy. Z tęsknoty chciałam się na niego rzucić i być teraz w jego objęciach.
Aaron podszedł powoli i wziął mnie za ręce.
- No to powiedz, co wczoraj robiłaś? – zapytał.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale żadne słowo nie wypadło z moich ust.
- Czy to nie dziwne, że nie pamiętasz?
Pamiętam, głupku! Dobrze pamiętam! Ale nie mogę nic ci powiedzieć.
Uśmiechnęłam się do niego słabo.
- Nie czytasz przypadkiem za dużo książek fantasy? Bo co niby się stało? Przecież to nie Faceci w czerni. Kosmici nie istnieją i nikt nie wyczyszcza nam pamięci. – tłumaczyłam się, by odwieść go od prawdy.
Aaron zaczął coś mówić, ale zagłuszyła go moja komórka. Przeprosiłam go i odeszłam na chwilę.
- Co chcesz, Kate?
- Za godzinę będę w Sheridan! Będę czekać na ciebie w moim domu z nowymi ciuchami! Kupiłam suknie na bal!
- Kate… Nie wiem, czy dam radę do ciebie przyjść.
- Co? Wreszcie odebrałaś i nie chcesz ze mną gadać? Wiem, że zostawiłam cię samą, ale musiałaś mnie ignorować przez te kilka dni i nie odbierać?
- Byłaś poza miastem? – spytałam zaskoczona.
- No tak, mówiłam ci przecież, że wyjeżdżam na tydzień, bo muszę odwiedzić chorą babcię.
- Zapomniałam. – wyszeptałam zdezorientowana. Przez całą sytuację z Kalipso, wyleciało mi to z głowy. Nawet nie zauważyłam, że nie było jej dzisiaj w szkole. Dobrze, że chociaż jeśli znajdowała się poza Sheridan, to i tak nie wiedziała o mojej nieobecności.
- A nie mówiłem, że się coś dzieje. – powiedział Aaron, który stał za mną i podsłuchiwał rozmowę.
- Jesteś z Aaronem? – spytała zaciekawiona Kate – To dlatego nie chcesz ze mną rozmawiać. – westchnęła smutno.
- Nie, nie. Chcę, tylko kiepsko się czuję.
- Wiem, że coś się dzieje, ale ty nie chcesz przyznać mi racji! – stwierdził Aaron. Odwróciłam się do niego. W tym samym czasie usłyszałam w słuchawce Kate:
- Jak to? Coś się dzieje? O co chodzi?
Gniew zawładnął moim ciałem i nie wytrzymałam.
- Czy wy możecie przestać?! – wrzasnęłam tak, że wszyscy ludzie w parku zwrócili na mnie uwagę. Schowałam twarz w dłonie. Gdy uspokoiłam się, podniosłam głowę i uśmiechnęłam się przepraszająco do Aarona.
Do głowy przychodziła mi tylko jedna myśl. Niestety, zawsze muszę pójść najprostszą ścieżką.
- Nic się nie dzieję. – zwróciłam się do Aarona, wpływając na jego umysł i zmieniając zaistniałe wydarzenia – Zadzwonię później. – dodałam do słuchawki i rozłączyłam się.
Spojrzałam na Aarona. Wydało mi się, że nie zada już żadnych głupich pytań, dopóki się nie odezwał:
- To prawda, że…
Wiedziałam, co chce powiedzieć, więc przerwałam mu szybko zanim skończył zdanie. Wszyscy już w szkole rozmawiali o wydarzeniu dnia. Zapewne dzięki Larissie, która nie da z wygraną, niedługo będzie wiedzieć całe Sheridan!
- Nic nie mów. – Przybliżyłam się do niego i złożyłam na jego ustach długi pocałunek.

_____________________________________________________________________
O to i on. Wyczekiwany rozdział 7.


czwartek, 4 kwietnia 2013

Rozdział 6


Życie jest, jak szkło. Cienkie szkło. Stacza się z góry i gubi po drodze swoje ostre kawałki, na które wpadam ja.
Ból.
Cierpię.
Ale czym tak naprawdę jest cierpienie? Głębią prawdziwych uczuć?
Cierpienie odnajduje w nas emocje. Prawdziwe emocje. Cierpiąc, poznajemy siebie. Choć musimy przebyć długą drogę, by tego dokonać.
A czym jestem ja?

- Halo, Lillian! Słuchasz mnie?- odezwała się Kate swoim piskliwym głosem.
Otrząsnęłam się. Otworzyłam wreszcie oczy na ten dziwny świat.
- Co? – odparłam oszołomiona.
- Chyba kto.– przyjrzała mi się uważnie – Li, dzisiaj strasznie jesteś nieobecna i  w dodatku blada, jak trup. Źle się czujesz? Chcesz wrócić do domu?
Ostatnie dwie godziny spędziłyśmy na szukaniu odpowiednich sukienek na bal.  Odwiedziłyśmy już chyba milion sklepów i jeszcze nic nie kupiłyśmy. Nie chcę zrobić przykrości Kate, gdyż bardzo zależy jej na zbliżającym się Balu Zimowym.
- Nie. Wystarczy, jak zaczerpnę trochę świeżego powietrza. Ty pochodź po sklepach, a ja wyjdę na chwilę. – do księgarni Luna, dodałam w myślach.
- No dobrze. Mogłaś powiedzieć wcześniej, że nie czujesz się zbyt dobrze, to byśmy dzisiaj nie pojechały do Salem. – powiedziała tak, jakby z żalem do mnie.
Nie odpowiedziałam jej, ponieważ szłam już w kierunku wyjścia. Jesienne powietrze orzeźwiło mnie.
Nie zapomniałam o wczorajszym dziwnym dniu. Rany na plecach nie zniknęły i dzisiaj znowu dręczyły mnie kolejne koszmary. Nie wiem, jak tego dokonam, ale muszę, jak najszybciej dowiedzieć się, co się ze mną dzieje.
Księgarnia Luna znajduje się kilka przecznic stąd. Przyjechałam do Salem z Kate jej samochodem, więc będę musiała dotrzeć tam pieszo.

Sklep znajdował się w ciemnym, małym zaułku. Brak lamp, ludzi. Okna były zabite deskami. Przerażało mnie to miejsce. Pewnie dawno temu zamknęli tą księgarnie. Kiedy chciałam już odejść, drzwi  od budynku samoczynnie otworzyły się. Rozejrzałam się. Nikogo nie było w pobliżu.
Nagle dostałam ostrego bólu głowy i przede mną pojawiła się przezroczysta, czerwona zjawa przypominająca kobietę ze snów.
- Nie wchodź tam! – ostrzegła mnie i zniknęła. Jej głos odbijający się echem dalej brzmiał w mojej głowie. Pomasowałam skronie, a dźwięki zniknęły.
Zrobiłam krok w przód i następny. Nie zastanawiałam się, co robię. Gdy znalazłam się w środku budynku, drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Wnętrze nie przypominało niby zamkniętego kilka lat temu sklepu. Fioletowo-zielone ściany udekorowane różnorodnymi obrazami pewnie były niedawno malowane. Zapełnione książkami regały aż „świeciły” czystością. Pośrodku  stały trzy kwieciste fotele, a przy nich szklane stoliki, na których mieściły się wazony pełne świeżych kwiatów. 
- Witamy w Lunie! – odezwał się spokojnie szczupły lekko garbaty chłopak za ladą. Podskoczyłam, jak oparzona. – W czym mogę pomóc?
- Podobno macie tu książki o mitologii greckiej? – podeszłam do niego ostrożnie. Wydawało mi się, że coś jest z nim nie tak.
Przymrużył oczy i zaczął mi się uważnie przyglądać. Moje tętno przyśpieszyło. Bałam się, że ten człowiek może coś mi zrobić. Nagle otrząsnął się i odpowiedział:
- Tak, tak, oczywiście. – uśmiechnął się przyjaźnie  –A tak ogólniej?
- Nim… - przerwałam. Nie wiedziałam, czy dokończyć, czy sobie pójść. Coś mi tu nie grało – nimfa Kalipso.
Otworzył szeroko oczy, ale próbował udać niezaskoczonego.
 Podszedł do jednego z regałów i wyjął starą księgę, którą następnie otrzepał z kurzu.
- Może pani usiąść na jednym z foteli i przejrzeć książkę – zachęcał – lub ją kupić od razu.
- Przejrzę w domu. – odparłam szybko.
Gdy kupiłam książkę, wybiegłam od razu ze sklepu. Jeszcze przed wyjściem zauważyłam, jak sprzedawca wyjmuje telefon z kieszeni i wykręca numer. Gwałtownie zatrzymałam się przy zakręcie i wytężyłam słuch.
- Wyczułem ją. Tak, to na pewno ona. – wyszeptał do słuchawki.
- Gdzie ona teraz jest? – spytała osoba po drugiej stronie telefonu.
- Wyszła.
- To goń ją!
- I tak nie ucieknie. – zaśmiał się - Obsypałem  zaułek naokoło piaskiem z Ogygii. Jeśli to ona, nie przejdzie przez wyznaczoną linię.
Spojrzałam w dół. Przed moimi nogami był rozsypany piasek. Zrobiłam krok w przód, ale coś mnie odbiło. Jakby przede mną była postawiona niewidzialna ściana. Wyczułam ją rękoma, popchnęłam i nic. Zużywanie siły tylko mnie osłabiało. Walnęłam kupioną niedawno książką, która niespodziewanie przeszła przez pułapkę. Wyczerpana odwróciłam się. Chuderlawy chłopak powoli zbliżał się w moim kierunku, śmiejąc się ze mnie.
- Zostaw mnie w spokoju! – wrzasnęłam. Próbowałam wpłynąć na myśli sprzedawcy, ale czułam postawioną w jego umyśle blokadę.
- Nic mi nie zrobisz, słodziutka.  – chłopak wyszczerzył do mnie zęby.
Serce biło mi, jak oszalałe. Z całej siły przywarłam do niewidzialnej ściany. Od niego dzieliły mnie tylko centymetry.
- Pomocy! – krzyknęłam.
- Nikt cię nie usłyszy. – jego głupi uśmieszek dalej nie znikał z twarzy. Zbliżył się do mnie. Próbowałam się bronić, ale zdążył wbić mi strzykawkę pełną dziwnego płynu w szyje, od którego zrobiło mi się słabo. Powoli traciłam siły, a chłopak tylko śmiał się wniebogłosy.
- Śpij, słodziutka. 

Obudziłam się w ciemnym, śmierdzącym zgnilizną pomieszczeniu. Siedziałam na niewygodnym, drewnianym krześle. Nogi i ręce miałam mocno związane sznurem. Przyjrzałam się podłodze. Naokoło mnie była rozsypana jakaś substancja.
- Czego ode mnie chcesz? – wychrypiałam słabym głosem.
- Długo na ciebie czekałem, złociutka. –  chłopak wyłonił się z ciemności. W dłoni trzymał sztylet, na którego ostrzu wygrawerowany był napis w nieznanym mi języku.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. – wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
Podszedł do mnie, nie przekraczając linii kręgu.
- Jestem jednym z łowców. Szukamy twojej matki.
- Łowców? Po co wam moja matka?!
- Arya wyrządziła bardzo dużo krzywd. Tak, jak ty to zrobisz niebawem. Już pewnie miałaś swoją pierwszą ofiarę.
- Jaka Arya? – nie rozumiałam. Czy chodzi mu o tą kobietę ze snów? - Z kimś mnie pomyliliście. Moja matka nie nazywa się Arya.
- O, czyżby wymazała ci pamięć? Widzę, że się jeszcze nie znudził ten wielopokoleniowy sposób. – zaśmiał się - Ależ tak, nazywa się. Tylko ty o tym nie wiesz – wyszczerzył do mnie zęby -  ale dowiesz się wkrótce. Wspomnienia powoli powrócą. Do tej pory mogę cię torturować. – przyłożył mi ostrze do szyi. Poczułam ostry ból, który po chwili zniknął.
- Nie dasz rady mnie zabić. – stwierdziłam.
- No nie. Potomkinię Kalipso może zabić tylko jej własna córka, więc poczekamy aż twoja prawdziwa matka wyjdzie z ukrycia i przybędzie ci na ratunek.
- Powinien się pan leczyć! – wypaliłam zapłakana.
Prychnął.
- Zostawcie mnie w spokoju! – próbowałam rozwiązać ręce, ale sznur był zawiązany zbyt mocno - Chodzi wam o kogoś innego!
- Dalej nie wierzysz? – z całej siły kopnął mnie w nogę. Jęknęłam z bólu. – Patrz! – szarpnął moją głową w dół.
- Złamał mi pan nogę! – wrzasnęłam. Łzy lały mi się po policzkach strumieniami.
Nagle zauważyłam, jak kości w mojej nodze zaczynają się przemieszczać. Poczułam ciepło i lekkie drgawki. Po chwili po złamaniu nie było już żadnego śladu.
Oddychałam nierównomiernie.  Nie wierzyłam własnym oczom. No tak, to samo wydarzyło się w szpitalu.
- Puśćcie mnie!
- Nie użyjesz na nas perswazji, słodziutka, ani innych swoich „talentów”, bo wokół ciebie jest rozsypany piasek z Ogygii.
Jednak się nie poddawałam. Wzięłam głębokie oddechy i poczułam, jak w moim ciele aż buzuję od mocy.
Rozerwałam sznurek i wstałam. Podniosłam wysoko głowę, by nie okazać przed chłopakiem słabości.
- Wiedziałem, że i tak się uwolnisz, ale niestety nie przejdziesz przez krąg. – wskazał palcem na podłogę.
Dasz radę, Lillian, jesteś silniejsza, usłyszałam głos w głowie. Dodało mi to otuchy, więc ruszyłam gwałtownie do przodu i zatrzymałam się centymetr przed rozsypaną ziemią.
Spojrzałam mężczyźnie w oczy.
- Jestem silniejsza, niż myślisz.
Ziemia nagle zatrzęsła się nam pod nogami. Chłopak ledwo złapał równowagę. Przez krąg przebiegła cienka czarna kreska, która potem rozszerzyła się.
Czułam, jak rozrywa mi się ubranie na plecach i ujrzałam parę pięknych, czarnych skrzydeł, takich jak u motyla.
- Blackflier. – przeraził się mężczyzna.
Siłą umysłu rzuciłam nim, jak marionetką o ścianę.
- Powiedz mi wszystko o mojej rodzinie. – zażądałam.
Widząc brak reakcji, dodałam:
 - Albo cię zabiję.
Nie zastanawiał się długo.
- Zabij mnie.
Nie chciałam, ale… nie miałam wyjścia i musiałam to zrobić.
Zauważyłam jeszcze, jak wydrapuje paznokciami na ścianie znak przypominający trzy trójkąty stykające się wierzchołkami w środku sześciokąta , a potem skręciłam mu kark. 
Włożyłam nóż do kieszeni kurtki, a następnie rozbiłam ścianę i wyszłam na zewnątrz. Była już noc. Budynek znajdował się naokoło lasu. Znalazłam komórkę. Osiemdziesiąt trzy połączenia nieodebrane. Pewnie Kate mnie szuka wraz z rodzicami.
Włączyłam aplikację GPS. Okazało się, że znajduję się poza granicami USA.
Jak ja dotrę do domu? Zadzwoniłabym po kogoś i poinformowałabym gdzie jestem, ale wtedy powiadomiliby policję, a ja siedziałabym już w poprawczaku.
Spojrzałam na parę skrzydeł. Moich skrzydeł.
No przecież. Umiem latać.
________________________________________________________________________________
Najgorszy rozdział w historii dziejów. -.-

Miałam wstawić za miesiąc, ale no wiecie w poniedziałek był Prima Aprilis. :P


wtorek, 29 stycznia 2013

Rozdział 5


Okazało się, że rodzice spędzali miło wieczór na imprezie charytatywnej wspierającej chore dzieci na  AIDS. Gdy wrócili po północy, zbudzili mnie z miłej drzemki na kanapie, po której dostałam dokuczliwego bólu pleców. Wstałam i pokierowałam się leniwie do pokoju. Na górze przebrałam się w piżamę, a następnie położyłam się na łóżku.  Niestety, już nie dałam rady zmrużyć oka, gdyż rodzice głośno hałasowali - mama myła się, a tata krzątał się w kuchni. Przeczekałam spokojnie, aż wreszcie pójdą spać. Po kilku minutach wszystko ucichło i mogłam spokojnie zasnąć. Gdy już sen zaczął mnie wciągać, do moich uszu dotarła z pokoju obok dość głośna rozmowa. Wytężyłam słuch. Tak, rodzice kłócili się.
- Patrz, co znalazłem na dole. – odezwał się tata.
- Opakowanie apapu? – zdziwiła się Vivian.
- Puste opakowanie apapu! – wrzasnął - Wczoraj rano było jeszcze pełne! Ona nie może, aż tyle brać tych przeciwbólowych tabletek, zaszkodzą jej!
Arcady był bardzo wściekły. Nigdy nie widziałam go w takim stanie.
- Ciszej, obudzisz Lillian. – powiedziała szeptem -  Zwrócimy jej uwagę dzisiaj rano – próbowała uspokoić tatę - Miała wczoraj ciężki dzień. Podczas przyjęcia dzwoniła do mnie policja i mówiła, że Lillian z jej chłopakiem znaleźli ciało.
- Chłopakiem?!
No i wydało się.
- Daj spokój, bardziej interesuje cię to, że nie powiedziała nam, że ma chłopaka od tego, że Lilly znalazła trupa?!- podniosła głos -  Mam już tego dość.  – stwierdziła - O mały włos wyrzuciliby cię z pracy, prawie upiłeś na przyjęciu, wszczynasz kłótnie o byle co. Co się z tobą dzieje, Arcady?
Tata nie odpowiedział i zapadła długa cisza.
- Co robisz? – spytał po chwili.
- Idę spać na dole.  – odparła Vivian i usłyszałam, jak zbiega po schodach.
Usiadłam na brzegu łóżka.
Boję się o nich, bardzo rzadko się kłócą, prawie nigdy. I pomyśleć, że ta wielka awantura wybuchła przeze mnie?
Wiedziałam, że już nie zasnę, więc sięgnęłam po leżącą na półce książkę Ostre Przedmioty Galian Flynn. Zaczęłam ją czytać około dwa tygodnie temu, ale jakoś ostatnio ciężko mi do niej przysiąść, ponieważ nie miałam czasu albo może po prostu mi się nie chciało. Światła jak zwykle nie włączyłam. Mama mówi, że przez to pogorszy mi się wzrok, ale na razie nic poważnego jeszcze mi się nie stało.
Po przeczytaniu trzydziestu stron książki co raz częściej zaczęłam omijać niektóre fragmenty. Skupienie nachodziło mi z trudem, bo cały czas dręczyła mnie wczorajsza sytuacja. Prześladowało mnie straszne poczucie winy, jakbym zrobiła coś strasznego. Może dlatego, że nie zdążyłam pomóc temu facetowi na czas? A ta staruszka? Czemu stwierdziła, że jestem w niebezpieczeństwie? Czemu ona nazwała mnie Kalipso?
Zamknęłam książkę. Wstałam i na paluszkach podeszłam do biurka, gdzie leżał mój laptop. Coś strasznie kusiło mnie, by dowiedzieć się czegoś więcej na temat Kalipso.
„ Grecka nimfa uwięziona na Ogygii…” przeczytałam na jednej ze znalezionych stron. To, to ja pamiętałam z lekcji angielskiego.
Przewinęłam dalej. W oczy nagle rzuciło mi się: „boginii śmierci, ciemności” Przypomniałam sobie o tym martwym człowieku. Czy to naprawdę była moja wina? Mój instynkt podpowiadał mi, że to ja stoję za jego śmiercią, ale czy to prawda? Jak ja mogłam to zrobić?
Spojrzałam na obrazek, który niby przedstawiał nimfę. Z wyglądu jestem bardzo do niej podobna. Też mam kręcone włosy i błękitne oczy.
Głupia! Po co ja ją do siebie porównuję?
Przejrzałam jeszcze inne strony. Niestety, nigdzie już nic ciekawego nie znalazłam. Jednak, gdy miałam już pójść się umyć, bo było już po piątej, natrafiłam się na stronę księgarni Luna, która znajdowała się w centrum Salem. „Tylko u nas! Rzadko spotykane książki o mitologii greckiej! Interesujesz się tym? Odwiedź naszą księgarnie!” głosił nagłówek strony. Jutro jedziemy z Kate na zakupy do Salem, więc przy okazji zajdę do Luny.
Zmęczona ziewnęłam i przeciągnęłam się, by rozprostować kości. Skrzywiłam się. Ostry ból pleców nadal nie ustał.
Zamknęłam laptop i przygarbiona poszłam do łazienki, gdzie wzięłam gorącą kąpiel.
-Niech to szlak! – zareagowałam na brak ręcznika i szlafroka, kiedy wychodziłam  już spod prysznica. Powoli odsunęłam szklane drzwiczki i biegiem ruszyłam do pokoju. Mignęłam przed dużym lustrem w korytarzu, w którym zauważyłam jakieś plamy na plecach. Przemknęło mi przez myśl, że to tylko złudzenie, więc nie zwróciłam na to zbytniej uwagi. W pokoju nałożyłam na siebie moją ulubioną bluzkę z logo Evanescence, a na to bluzę w kratkę, i czarne rurki. Choć było jeszcze ciemno, postanowiłam wyjść na spacer.
Gdy zbiegłam cicho na dół, spojrzałam na śpiącą na kanapie w salonie Vivian. Jej twarz była cała opuchnięta od płaczu.
- Będzie dobrze, mamo. – wyszeptałam i wyszłam na dwór.
Ciemne niebo pełne jasno świecących gwiazd odprężyło mnie, a chłód wyczyścił mój umysł i mogłam wreszcie się skupić.
Mam gdzieś półgodziny zanim rodzice się obudzą i zanim rozpocznie się następna kłótnia. Moim zdaniem, Arcady przesadził. Ojejku, czułam, że rozsadza mi głowę, to wzięłam tabletkę przeciwbólową! Przecież to nic złego?! No może, źle zrobiłam, że spożyłam ich aż tak dużo, no ale…
- Nie ma żadnego ale!- udałam gruby głos ojca.
Do domu wróciłam po godzinie spaceru. Rodzice byli już na nogach i cicho krzątali się w salonie i kuchni, ignorując siebie nawzajem.
- Pogódźcie się wreszcie! – wrzasnęłam wkurzona, a Arcady i Vivian popatrzyli na mnie zaskoczeni. Zdenerwowana szybko wbiegłam na górę i przygotowałam wszystkie potrzebne rzeczy do szkoły.  Spojrzałam w lustro, by upewnić się, że nie wyglądam jak chodzący trup. Miałam dość mocno podkrążone oczy, więc sięgnęłam do szuflady po „hipsterskie” zerówki, które dostałam na urodziny od Kate. Nigdy nie miałam zamiaru ich nakładać, no ale teraz nie mam wyjścia. Wyjmując zerówki, wywaliłam pudełko ze starymi zdjęciami, które wszystkie rozsypały się po podłodze. Gdy oczywiście sięgnęłam po nie, ból pleców powrócił ponownie. Ale ze mnie stara babcia! Oparłam więc rękę o plecy i podniosłam zdjęcia. Dotykając bluzki,  wyczułam jakieś wypukłe miejsca. Podciągnęłam ją z tyłu wysoko i odwróciłam się w stronę lustra. Przeraziłam się. Plecy miałam całe sine, a na środku widniały dwie czarne kreski układające się w odwróconą literę „V”. Przejechałam lekko po wypukłych liniach. Ręka drżała mi od strachu. Czy to jest realne? W duchu błagałam, żeby okazało się to nieprawdą. Uszczypnę się i obudzę się z tego snu! Bo to jest sen, tak?
Ręce miałam już pełne małych siniaków od uszczypnięć, a blizna nie chciała zniknąć. Przerażona pobiegłam do kuchni.
- Mamo, po… - zdziwiłam się na widok przytulonych do siebie rodziców - …godziliście się?
- Jak to pogodziliśmy się? Przecież nie było nawet żadnej kłótni! – zmarszczyła brwi Vivian.
Na początku myślałam, że żartuje, ale gdy zobaczyłam poważne twarze rodziców, wiedziałam, że mama mówi prawdę. Czyżby niczego nie pamiętali?
- Płakałaś? – spytał czule Arcady.
Dotknęłam dłonią mokrego policzka.
- Nie. - skłamałam - Nie spałam dziś dobrze i ochlapałam się na orzeźwienie wodą.
- Mam nadzieję, że to nie przez horrory?
- Taaato… - przewróciłam oczami. Otworzyłam lodówkę, by zrobić sobie coś na śniadanie.
- Słyszeliśmy, że masz chłopaka. – powiedziała mama. Odwróciłam się energicznie. A tego to nie mogli zapomnieć?
- Tak. – odpowiedziałam pod nosem.
- Co tak?
- No tak, mam chłopaka.
- Jak to masz chłopaka?
- No mam. Pytaliście, to odpowiedziałam.
- My o nic nie pytaliśmy. – znowu poważne twarze. Czy oni robią sobie ze mnie żarty?
Zmarszczyłam czoło.
- Jak to? Przecież…- przerwałam zdezorientowana - przed chwilą…
Przed oczami mignęło mi niedawne wydarzenie, kiedy wrzasnęłam na rodziców, żeby wreszcie się pogodzili. Gdy zeszłam na dół, wszystko było już normalnie. Tak samo teraz. Pomyślałam, żeby zapomnieli, i zapomnieli. Nie, to przecież nie moja sprawka. Czytam za dużo książek fantasy…
W głowie zakręciło mi się i straciłam czucie w nogach. Tata złapał mnie.
- Dobrze się czujesz?
- Trochę mi słabo.
- Może lepiej zostań dzisiaj w domu? Zadzwonię do szkoły i jeśli masz jakąś klasówkę, to poproszę o jej przełożenie.
- No, nie wiem… - uśmiechnęłam się słabo.
- Lepiej zostań.
- No dobra…
Nie ma to jak cały dzień spędzić sama w domu, domyślając się, że coś dziwnego się z tobą dzieje.

Wieczorem Aaron zadzwonił do mnie i spytał, jak się czuję, i czy odwołuję spotkanie. Rodzice zapewne nie pozwolą mi wyjść, ale od czego jest okno w moim pokoju?
Po dziewiętnastej powiedziałam więc rodzicom, że jestem bardzo zmęczona i pójdę wcześniej spać.
Na randkę nie stroiłam się specjalnie. Nie zmieniłam ubrania, ale jedynie podkręciłam lekko tuszem rzęsy, a pod podkrążone oczy nałożyłam trochę korektoru.
Pod kołdrę położyłam na wszelki wypadek poduszki i otworzyłam okno. Wyjście przez nie nie było aż tak trudne, po prostu skoczyłam. Poczułam lekkość, jakbym załamała grawitację i z gracją opadałam z pierwszego piętra na trawnik, nie robiąc przy tym żadnego hałasu. Przez chwilę stałam bez ruchu zszokowana, dopóki nie usłyszałam cichego wołania Aarona.
- Lillian, jesteś tam?
- Tak, już biegnę do ciebie.
Zanim podeszłam do Aarona, który stał przy bramie sąsiadów, jeszcze raz spojrzałam na moje okno.
- To niemożliwe. – wyszeptałam.
- Coś mówiłaś? – spytał.
- Nie, nic.
- Jak coś nie musimy jechać twoim skuterem. Pożyczyłem peugeota od Lucasa. – oznajmił, zauważywszy, że wyjmuję kluczyki  – Zaparkowałem go przecznicę dalej.

- Gdzie idziemy? – spytałam Aarona, gdy zatrzymał się w pobliżu parku Joe Dancer.
- Dzisiaj tu grają The Perks. – odpowiedział i wziął mnie za rękę.
The Perks to nasz szkolny rockowy zespół. Nie są aż tak bardzo znani, ale grają rewelacyjnie.
Aaron rozłożył bluzę na trawie nie za blisko sceny i wygodnie usiedliśmy.
- Dlaczego nie odzywałaś się w ogóle w samochodzie? – spytał, kiedy zespół stroił jeszcze instrumenty.
Wzruszyłam ramionami.
- Nie chcesz ze mną być? – zmarszczył czoło
- Nie, nie – zaśmiałam się – oczywiście, że chcę, tylko po prostu kiepsko się czuję.
- To może chcesz wrócić do domu?
Pokręciłam przecząco głową.
Dalej już o nic nie pytał, bo zaczął się wyczekiwany koncert.

Po zakończeniu imprezy Aaron spotkał wielu swoich znajomych, więc stałam z boku i czekałam aż skończy z nimi rozmawiać.
- Randka nie wypaliła, co? – spytał po jakimś czasie, gdy staliśmy już przy peugeocie.
- Było okay. – pocieszyłam go.
Przeczesał ręką włosy lekko skrępowany.
- Właśnie, o mały włos bym zapomniał! – otworzył bagażnik, a z niego wyjął niemałą paczuszkę, zapakowaną w papier prezentowy. – Miałem ci dać go wczoraj, no ale…
- Aaron… nie trzeba było! – pocałowałam go w policzek, ale nie rozpakowałam od razu prezentu. Zrobię to w domu.
Gdy chcieliśmy już ruszyć, zauważyłam, że w kieszeni nie ma mojej komórki.
- Jasna cholera!
- Co jest? – zaniepokoił się Aaron.
- Chyba zgubiłam telefon. – zacisnęłam usta w prostą kreskę.
- Przeszukaj torbę – poradził.
Posłuchałam się go, a Aaron zapalił mi światło w samochodzie, żebym mogła wszystko widzieć. On nie wiedział, że wolę ciemność.
Nagle wszystko zaczęło się we mnie wrzeć. Mój oddech był nierównomierny.
- Nie! – wrzasnęłam nie swoim głosem.
Aaron odskoczył, jakby porażony prądem. Na jego twarzy widać było strach.
- Twoje oczy. – wyszeptał przerażony.
Spojrzałam powoli na lusterko w samochodzie. Moje tęczówki falowały czarno-szarym ogniem.
Ciężko było mi się uspokoić, ale kiedy to zrobiłam, moje oczy przybrały już normalnego koloru.
Zobaczyłam, jak Aaron patrzy na mnie, jak na kosmitę.  Już pewnie nigdy się do mnie nie odezwie. Czy coś ze mną jest nie tak?
Przypomniałam sobie, jak dzisiaj z rana pomyślałam o tym, żeby rodzice zapomnieli. Może uda mi się to samo zrobić z Aaronem?
Popatrzyłam prosto w jego oczy. Zapomnij, Aaronie, zapomnij co się przed chwilą stało, powiedziałam w myślach, a on od razu rozluźnił się.
- Czemu stoimy? - spytał zdezorientowany
- Szukałeś kluczyków – wymyśliłam coś na poczekanie i zamachałam mu nimi przed oczami, a przy okazji wyłączyłam światło. Okazało się, że komórkę miałam w drugiej kieszeni.

Gdy wróciłam do domu, rodzice hucznie bawili się w rytm latynoskiej muzyki wraz z sąsiadami. Dzięki hałasowi nie usłyszeli, jak weszłam. Po cichu podreptałam do swojego pokoju.
Rzuciłam prezent od Aarona na łóżko i podeszłam do okna. Długi czas wpatrywałam się w swoje odbicie w szybie i w drzewa, i gdzieś poza nie. Nie myślałam o niczym, nie czułam ani nie słyszałam nawet muzyki dobiegającej z salonu.
Coś jest ze mną bardzo nie tak, ale na razie nie mam pojęcia co.
_________________________________________________________________
Mam nadzieję, że się podoba. :)
Przepraszam za błędy, ale jakoś humoru nie miałam, by pisać ten rozdział. :/